Miesięcznik Murator ONLINE

Skocz do zawartości
  • wpisów
    249
  • komentarzy
    0
  • odsłon
    349

Entries in this blog

Agduś

FOTOSTORY

 

 


http://images20.fotosik.pl/381/88e07ccf04a05dcf.jpg


To, oczywiście, Weronika z zabawką taty. Szlifuje elementy placu zabaw, które, mimo impregnowania, jakoś zszarzały.

 

 


http://images20.fotosik.pl/381/4225f3e0b6f5cd5b.jpg


Daleki sąsiad spod puszczy pasa swój kierdel na razie na niezabudowanych działkach (Rosanno, na Twojej też ). Owieczki poruszają się cichutko, nie beczą, podkradają się pod sam płot ku zachwytowi dzieci i konsternacji psicy.

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/b24b24059671de57.jpg


Trawka, jak widać wykiełkowała i rośnie aż szumi. Aura jej sprzyja i wyręcza nas w podlewaniu ogródka.

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/6403349fe3a0105c.jpg


Albo za mało miejsca przeznaczyłam na warzywniak, albo za dużo nasion kupiłam. Raczej to pierwsze. A właściwie, to za małą działkę mamy po prostu!

 


Coś już tam nawet zaczęło kiełkować. A spróbowałoby nie! Siałam naukowo, z wydrukowaną tabelką - "dobre i złe sąsiedztwo roślin". Wszystkie mają dobre sąsiedztwo.

 


Na pierwszym planie krzaczek - zaczątek "dzikiego" czyli mieszanego żywopłotu, który odgrodzi warzywniak od części reprezentacyjnej ogrodu. Będą tam przede wszystkim krzewy owocowe i nawet jakieś drzewka, które za duże nie urosną.

 

 


http://images20.fotosik.pl/381/20819b3bc456f8d1.jpg


Pojechaliśmy do polecanej na forum szkółki roślin na rekonesans. Ja, oczywiście, wiedziałam, ze na oglądaniu się nie skończy. Nie mogłam się oprzeć kolorowym żarnowcom. W planach jest jeszcze dziki - żółty, ale tego pozyskam inaczej.

 


Andrzej bez entuzjazmu podszedł do tych zakupów (cztery krzaczki). Za to przy kolejnych już nie zgłaszał zastrzeżeń. Sam je posadził zresztą. I nawet torfu im nie żałował:

 

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/fe26df9efadda821.jpg


To, oczywiście borówki amerykańskie w sile sześciu krzaczków. Pewnie na tym sie nie skończy . Siedzą sobie na wprost wyjścia z salonu, bo przecież to całkiem dekoracyjne roślinki są.

 

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/17c65a70d1f336a3.jpg


Powoli zaludnia sie ogródek kwiatowy. Już od wczoraj wygląda znacznie lepiej niż na tym zdjęciu, bo pojawiły się nowe kwiatki.

 


Te "gotowe" kupiłam w większości na targu lub dostałam. Uwielbiam irysy, więc to one na razie tu królują. Niestety, wiatr je bardzo zniszczył, bo przez kilka kolejnych dni po ich posadzeniu okropnie wiało. I dlatego pojawiły się te panele przywiązane do płotu. Moze dekoracyjne ani trwałe nie są, ale spełniają swoją rolę. Popracują, mam nadzieję, do czasu, gdy wyższe krzaki zasłonią ogródek od wiatru.

 


Poza irysami jest jedna piwonia, jakieś dzwonki, margerytki i inne kwiatki. Lubię też piwonie i chcę mieć ich więcej, ale dopiero w sierpniu będzie je można przesadzać. Mam już obiecane u pani, która sprzedała mi wszystkie irysy.

 


Te badyle wrotyczu nie sa oryginalną ozdobą. Ich zadaniem jest wskazywanie, gdzie coś posiałam. Siałam na raty, więc musiałam to zaznaczać, żeby nie posiać w jednym miejscu różnych roślin.

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/5edf20ca5434e4c4.jpg


Jak widać, niektóre już kiełkują. Inne wyrastają z cebulek lub kłączy. Dzieje się!

 

 


http://images21.fotosik.pl/326/17519488b768977f.jpg


A to jedna ze zdobyczy z sąsiedniego ugoru.

Agduś

ZASIALI NA DZIAŁCE TRAWKĘ, TRAWKĘ, OD KOŃCA DO KOŃCA TRAWKĘ, TRAWKĘ..

 


Mam nadzieję, że ten tytuł nie ześle na nas jakiejś kontroli speców od narkotyków

 


Sobota minęła parapetowo, niedziela niedzielnie i nadszedł poniedziałek. Przez dwa poprzednie dni tęsknym wzrokiem spoglądałam na naszą glebę. Pałałam żądzą siania!

 


W poniedziałek nic już nie mogło nas powstrzymać.

 


Rano chwyciłam szpadel i taczkę, żeby rozrzucić i rozwieźć jeszcze dwie górki pozostawione przez Pana Koparkowego. Jedna leżała nad gwc, po którym zabroniliśmy jeździc koparką, druga przy płocie. Rozrzucałam, rozwoziłam i równałam grabiami. Uporałam się z tym przed południem.

 


Przy grabieniu nabrałam podejrzeń co do jakości nawiezionej ziemi. Z pozoru sypka i ładna, pozbijała się w grudy, które wychynęły z niej dopiero pod grabiami. Zbieranie ich i wyrzucanie spowodowałoby pozbycie się znaczącej części nawiezionej ziemi, wyrzucałam więc tylko największe.

 


Przy okazji zauważyłam, że w miejscach, po których jeździła koparka albo cześciej chodziliśmy, sypka jeszcze niedawno ziemia stała się twarda jak beton. Chwyciłam więc grabie, żeby ją przygotowac do zasiania trawy, ale czułam się, jakbym drapała po asfalcie. Zasiane wcześniej przy grabieniu ziarno niepewności wykiełkowało i rosło jak baobab.

 


Zgłębianie wiedzy teoretycznej na temat zakałdania trawników zaowocowało pewnością że nowy trawnik należy zwałować lub jakoś inaczej ubić. Postanowiliśmy skorzystać z doświadczenia znajomego Andrzeja, który w tym celu posłużył się zagęszczarką. Tym bardziej, że liczyliśmy na porozbijanie chociaż części grud. Andrzej pojechał wypożyczyć sprzęt, a ja skrobałam beton, żeby mógł przyjąć ziarenka.

 


Zaszczyt bycia siewcą przypadł Andrzejowi. Ja popadłam w czarnowidztwo na skutek walki z betonem za pomocą grabi Gdyby nie zbliżające się czarne chmury, które miały nam podlać zasiany trawnik, pewnie odwołałabym calą akcję, kazała nawieźć jeszcze czegoś (piasku? trocin? ziemi odrodowej? ) i przeorać to razem i dopiero siać.

 


Nie było jednak czasu na zastanawianie się. Andrzej siał, a ja lekko zagrabiałam za nim i oddawałam się dekadenckim rozmyślaniom nad sensem naszych poczynań. Musiałam się spieszyć, bo już mnie Andrzej gonił z zagęszczarką, pchając ją, żeby szybciej się przesuwała po ziemi i nie ubijała jej zbyt mocno.

 


Fakt, że część grud uległa rozbiciu, pozostałe się wbiły w grunt i powierzchnia naszego przyszłego trawnika jest mniej więcej równa.

 


Minął tydzień od tej akcji. Tu i ówdzie widać pojedyncze zielone listki. Co z tego będzie? Zobaczymy.

Agduś

GLEBA

No sami widzicie, jak ja na nic nie mam czasu. Czegokolwiek bym nie robiła, zawsze powinnam w tym samym czasie robić też coś innego albo dwa cosie, albo i trzy... A już na pewno nie powinnam w tej chwili pisać do dziennika, bo to kompletnie nieracjonalne...

Szybko zrelacjonuję inne niż parapetówka wydarzenia zeszłego weekendu.

Zgodnie z zapowiedzią w piątek pojawił się nasz Pan Wywrotkowy i dostarczył nam jeszcze pięć wywrotek ziemi. Wyrzucił ją na działce sąsiada (jak dobrze być pionierem!!!)

Następnie Pan Wywrotkowy przekształcił się w Pana Koparkowego i zaczął tęż ziemię przerzucać przez płot i rozwozić po działce. Nawet calkiem ładnie ją wyrównał. Na tyle ładnie, że Pan Od Konia, ku rozpaczy dzieci, nie będzie musiał jej bronować.

Tymczasem my złapaliśmy za łopatę (Andrzej) i szpadel (ja) oraz grabie (na zmianę) i nuże kopać i grabić!

Zanim koparka wjechała na działkę, wyrównaliśmy największe góry i doliny. Potem ja ładowałam a Andrzej ładował i rozwoził taczką ziemię sprzed domu tam, gdzie koparka nie mogła swobodnie manewrować. Podobno tej ziemi było 15 ton i do tego jeszcze ponad tona piasku. Na koniec zostało nam wyrównanie tej rozwiezionej ziemi grabiami.

W krótkich przerwach, gdy Pan Koparkowy wyłączał silnik, żeby usłyszeć odpowiedź na pytania o sposób rozłożenia ziemi na ziemi, udzielaliśmy także pośpiesznych wyjaśnień na temat pompy ciepła, która bardzo pana zainteresowała.

Na koniec usłyszałam komplement: "no, ale pani pracowała dzisiaj, jakby była ze wsi, a przecież pani chyba z miasta jest?" Potraktowałam to jako autentyczny komplement! W końcu przecież dorobiłam się ostatnio uczciwych odcisków na dłoniach (mimo używania, gdy nie zapomniałam, rękawiczek). Jak za starych dobrych czasów, kiedy to bywałam często w stajni i, zgodnie z teorią naszego św. pamięci instruktora pana Janusza, wyrażałam swoją miłość do koni machając z zapałem widłami przy obrządku.

I nawet zakwasów nie miałam!

Agduś

BYŁA PARAPETÓWKA!

 


Zdjęć dzisiaj nie będzie, za to krótka relacja z parapetówki.

 


Impreza zaczęła się, podzieliła na dwie mniejsze, trwała i skończyła, niestety...

 


Nie wypada mi oceniać, ale my bawiliśmy się świetnie w towarzystwie znakomitych gości (dziękuję! )

 


Licznie zgromadzonym dzieciom oddaliśmy we władanie wyższy poziom, sami zadowalając się niższym. Towarzystwo z wyżyn bawiło się chyba nieźle, bo przez większosć czasu nawet nie angażowało zbytnio rodziców. Najmłodszy uczestnik imprezy doskonalił umiejętność chodzenia po schodach, pozostali eksplorowali zasoby zabawek z takim zapałem, że przegapili dobranockę. Dopiero w późnych godzinach wieczornych po kolei zaczęli przejawiać oznaki zmęczenia, co objawiało się częstszymi wizytami na nizinach. Nie wszyscy jednak, bo naszych dziewczyn nie mogłam zapędzić do łóżek jeszcze długo po wyjeździe gości. Najtrudniej było z Małgosią, która niedawno odkryła uroki korzystania z komputera i raz do niego przyklejona nie daje się oderwać w żaden cichy sposób. Dopiero połączone siły mamy i różowego konia, który stał pod domem czekając, by móc wskoczyć do jej snu, przyniosły sukces w postaci czyściutkiej dziewczynki słodko śpiącej w łóżeczku.

 


Tymczasem na nizinach trwały długie Polaków rozmowy, o dziwo niezdominowane przez tematy budowlane. Chyba obecność niemuratorowej części towarzystwa tak złagodziła obyczaje.

 


Właściwie, to nie wiem, czy salon jest koniecznym w domu pomieszczeniem, ponieważ zasiadłszy raz przy stole w jadalni, goście konsekwentnie odrzucali propozycje przeniesienia się do salonu, twierdząc, że w kuchni siedzi się najlepiej. I coś w tym jest!

 


A po imprezie, gdy współpracowałam z różowym koniem i czytałam o Reksiu, Andrzej ... poszedł wyrównać grabiami wczoraj nawiezioną ziemię (ale o dniu wczorajszym napiszę już jutro).

Agduś

KU OGRODOWI

Długi weekend poświęciliśmy, jak na razie, głównie próbom zamienienia naszego czołgowiska w piękny ogród. Natchnęło mnie w poniedziałek, kiedy to Andrzej pracował w pracy, a ja zabrałam dziewczyny na wycieczkę do Krakowa. Musiałyśmy odwiedzić dawno niewidzianego "Zielonego Wawela" czyli Smoka Wawelskiego. A potem poszłyśmy spojrzeć na niego z góry i wreszcie, po kilku sesjach ziania opłaconych przez licznie zgromadzonych turystów SMSami, mogłyśmy podziwiać wiosenne kwiaty na Wawelu. Oto, co zobaczyłyśmy:

http://images21.fotosik.pl/245/1c6f0355118f0fef.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images20.fotosik.pl/300/b161a6e29342b38b.jpg

Uwielbiam irysy - wszystkie! Z Opola jeździliśmy specjalnie do ogrodu botanicznego we Wrocławiu w porze ich kwitnienia.

http://images21.fotosik.pl/245/e0048b5e8327bbde.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images21.fotosik.pl/245/85dec5aee06a1fa5.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images20.fotosik.pl/300/ead76763fb3d6a44.jpg

Zdjęcia w większości autorstwa Weroniki.

Tymczasem pod naszym domem pojawiło się to:

http://images21.fotosik.pl/245/4497e852fde61628.jpg

czyli zamówiona wczesniej ziemia. Wprawdzie pan miał duże opory przed przywożeniem i zrzucaniem jej pod naszą nieobecność, ale wyraźna instrukcja przez telefon wystarczyła. To jest na razie jedna wywrotka z zamówionych pięciu. Zobaczymy, ile naprawdę będzie trzeba...

Wtorek i środa minęły pod hasłem wytężonej pracy fizycznej (nawet zakwasów potem nie miałam, o dziwo!). Trzeba było wreszcie poukładać przerzucane wciąż z miejsca na miejsce drewno. Po prawie całym dniu pracy stworzyłam z niego pokaźny stos pod domem, w miejscu, gdzie nie trzeba będzie narzucać ziemi ogrodowej (na taką bowiem awansuje zwykła ziemia z pól uprawnych po przejechaniu paru kilometrów). W tym czasie Andrzej kończył układać i fugował płytki w kuchni. oczywiście mogliśmy sie zamienić, ale ja czułam potrzebę wykonywania jakichś większych wysiłków fizycznych i fugowanie zupełnie mnie nie satysfakcjonowało.

W środę już wspólnie zaatakowaliśmy ogród, co zaowocowało nareszcie względnym porządkiem przed domem, wyszlifowanym i częściowo zaimpregnowanym na zielono placem zabaw dla dzieci i conieco zniwelowanymi wybojami na działce. Weronika z radością szalała ze szlifierką w ręce, szczęśliwa, że tata dał jej swoją zabawkę (zdjęcie, niestety, jeszcze w aparacie). Andrzej szlifował wiertarką. Ja, wciąż spragniona wysiłku fizycznego machałam radośnie łopatą niwelując teren pod przyszły kompostownik i podnosząc górkę, która w przyszłym roku stanie się przecudnej urody skalniakiem. Młodsze dzieci smutrały się wesoło, a na obiad była kiełbasa z ogniska, co dało nam namiastkę wypoczynku za miastem.

Dzisiaj, niestety, zajęliśmy się pracami wewnątrz domu. Andrzej wygładził wreszcie haniebnie nierówną ścianę w salonie, a ja zagospodarowywałam szafki i szuflady w kuchni.

A jutro ma przyjechac reszta ziemi i wielka kopara, która ją rozwiezie po ogrodzie.

Agduś

PŁYTKI JESZCZE BEZ FUGI

http://images21.fotosik.pl/244/c9d16b11c66fb23f.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images21.fotosik.pl/245/d96bea665311b137.jpg

Zdjęcia były robione w trakcie układania płytek, a właściwie podczas przerwy wymuszonej brakiem jednej listwy brzegowej. Teraz już wszystko ułożone do końca i zafugowane. Nie zrobiłam zdjęć stanu aktualnego z bardzo prozaicznej przyczyny - cały dzień walczyłam z szufladami, a właściwie z ich zawartością. Ponieważ szafki wreszcie stoją tak, jak powinny i nie będą przestawiane (mam nadzieję), zabrałam się za układanie. Wymagało to poważnych przemyśleń! W każdym bądź razie to, co kłębiło się na blatach, zdecydowanie nie nadawało się do pokazywania. Jutro obiecuję sfotografować stan aktualny.

Agduś

KILKA ZDJĘĆ

 


Przeglądnęłam wyładowane wczoraj z aparatu zdjęcia i okazało się, ze niewiele tam materiału ilustracyjnego do dziennika budowy. Wybrałam jednak kilka i wklejam. Nie ma na nich jeszcze wreszcie wklejonych w łazienkach luster, nie ma blatu ani płytek nad nim (jeszcze nie zafugowanych)... Obiecuję się poprawić.

 

 


http://images21.fotosik.pl/227/8ad296d3e7aa1037.jpg


To taka mała antyreklama calgonu. Oto bęben pralki, która przez 7 lat intensywnie pracowała w Opolu. Nie muszę chyba dodawać, że woda w Opolu (kamieniołomy wapienia wszędzie wokół) jest tak twarda, że można ją kroić tylko bardzo ostrym nożem. Następne 3 lata prała w Niepołomicach, gdzie woda też wcale nie jest miękka. Calgonu używaliśmy może przez pół roku na początku, kiedy ulegliśmy reklamom. A może nawet nie tak długo?

 


Pamietacie te reklamy, w których pan naprawiacz wyjmuje z zatroskaną miną grzałkę lub bęben pralki i demonstruje go przerażonej i zawstydzonej klientce, która nie używała Calgonu, a następnie informuje ją, że musi zabrać pralkę do zakładu? Otóż wymontowanie bębna jest ostatnią rzeczą, która można zrobić po całkowitym rozebraniu pralki na czynniki pierwsze! Potem można już tylko włożyć nowy bęben i spróbować ułożyć te puzzle z powrotem do kupy. Jeżeli nic nie zostanie na podłodze, jest szansa, że będzie działało. Andrzejowi ta demolka zabrała dosyć dużo czasu, a trzeba zaznaczyć, że wcale nie starał się być delikatny.

 

 

 


http://images20.fotosik.pl/282/a0f5dc5545527e77.jpg


http://images21.fotosik.pl/228/9a110d9019179e4b.jpg


Kinkiet w kuchni - jak widać biało - żółty! :)

 

 


http://images21.fotosik.pl/228/10f7170b67fc06fa.jpg


Nareszcie jasno w pomieszczeniu gospodarczym!

 

 


http://images21.fotosik.pl/228/ecabc51749cede3f.jpg


Światło awaryjne naprzeciwko skrzynki z bezpiecznikami.

 

 


http://images21.fotosik.pl/228/a2e6e11090575429.jpg


O takie kratki wzbogaciły się nasze elewacje po wizycie panów z Globaltechu. Tu akurat czerpnia powietrza po południowej stronie domu.

Agduś

ŻÓŁTO - BIAŁY AMOK, PAN Z KONIEM I MAJÓWKA

 


Po ostatnich zakupach, które przebiegały pod hasłem poszukiwania biało - żółtego materiału na okna w jadalni i biało - żółtego obrazka na ścianę, wpadłam w biało - żółty amok. Jego objawy to natychmiastowe wyostrzenie koncentracji na widok czegoś biało - żółtego. W ułamku sekundy rejestruję to zestawienie kolorów, a potem zastanawiam się, na grzyb mi porcelanowa figurka biało - żółtej damy ekstraordynaryjnej urody, zestaw białych i żóltych mydełek albo coś równie absurdalnego.

 


Ostatni tydzień minął nam na zbieraniu się do kafelkowania kuchni. NIe jest tego dużo, więc mieliśmy zamiar położyć te płytki któregoś popołudnia. Niestety, codziennie coś innego nas zajmowało.

 


Między innymi pojawili się wreszcie panowie z Globaltechu, by zakończyć swoją misję u nas. Ponieważ instalacja działała, a my nie zapłaciliśmy jeszcze za ostatni etap inwestycji, jako że nie został zakończony, dziwiło nas, że tak długo zwlekają. Zostało im bowiem tylko osadzenie dwóch kratek w elewacji (czerpnia i wyrzutnia powietrza) oraz podrzucenie dwóch anemostatów. Mogliśmy bez tego żyć, więc się nie upominaliśmy, tym bardziej, że kwota, która na razie pozostawała na naszym koncie (i procentowała ) nie była bagatelna. No ale panowie w końcu przyjechali, migiem postawili rusztowanie, założyli kratki i ... "pękli" przywieziony anemostat, więc nadal są nam go winni. Tym razem jednak zapłaciliśmy im, bo, jak wspomniał szef ekipy, od tego zależała ich wypłata. Zlitowaliśmy sie nad nimi, ale zapowiedzieliśmy, że w razie czego (nieprzywiezienia anemostatu) obsmarujemy firmę na forum. A co?

 


Na razie aż mnie palce świerzbią, żeby obsmarować firmę Migasdoor, ale jeszcze troszkę sie powstrzymam. Jeżeli zaraz po długim weekendzie się nie odezwą, będę okrutna! Wygarnę wszystko, bo mnie ostatnio wkurzyli nie tylko "służbowo", ale też i osobiście!

 


Wracając do żółci, to właśnie dzisiaj Andrzej położył większość płytek w kuchni. Nie wszystkie, bo jeszcze rano zmieniliśmy ździebko koncepcję i kilka trzeba będzie dokupić. Nawet nieźle mu to wyszło! Miałam ochotę też się pobawić, ale, niestety, nad blatem jest za ciasno, żeby praca dwóch osób jednocześnie miała sens. Zamiast tego powoziłam trochę piasku taczką, żeby zrobić miejsce dla ciężarówki, która ma nam, może nawet w przyszłym tygodniu, zacząć wozić ziemię. Podobno bardzo dobrą i trzeba się spieszyć, bo może zabraknąć. To i się spieszymy. Woził będzie nasz znajomy pan od wożenia piasku i kamieni. Nawet nie pytałam innych o ceny, bo do tej pory był bezkonkurencyjny pod tym względem. Zamówiliśmy od razu u niego koparkę, która ma nam trochę wyrównać czołgowisko i rozrzucić tę ziemię. Porzucenie planu rozwożenia kilku ciężarówek ziemi taczką daje nam niejakie szanse na posianie trawy jeszcze w tym roku. Zastanawiam się tylko, czy cokolwiek wykiełkuje, bo susza wokół niemożebna. A to dopiero kwiecień!

 


Pan Od Konia pojawił się w tej opowieści całkiem niedawno. Zniesmaczona marazmem wokół ogrodu, poszłam szukac kogoś, kto mógłby rozpocząć jakieś działania, zmierzające do zamienienia naszego suchego czołgowiska w bujny ogród. Po pierwsze należy to wyrównać zanim nawiezie się ziemi - tak mi się wydawało. Wykoncypowałam, że z traktorem to się nie ma co tu pchać, więc poszukam faceta, który orze tu i ówdzie koniem. Koniec języka za przewodnika i trafiłam do niego, zaatakowawszy uprzednio bogu ducha winnego sąsiada w jego własnym domu (na szczęście niczym mnie nie poszczuł, a i wideł nie miał na podorędziu).

 


Pan Od Konia siedział przed domem i cieszył się słońcem. Po chwili mógł się też cieszyć moim towarzystwem i interesującą rozmową. Dłuższy czas zajęło nam ustalenie, gdzież to dokładnie ten nasz dom stoi. Kiedy już byłam pewna, że Pan od konia wie DOKŁADNIE i przejdziemy wreszcie do meritum sprawy, okazało się, że jednak ten temat nie został zamknięty i należy ustalić to jeszcze dokładniej. W końcu udało mi się zaspokoić jego ciekawośc w tej kwestii i po ustaleniu byłych i aktualnych właścicieli wszystkich działek w okolicy (godziłam się na wszystko), dotarliśmy do sedna sprawy.

 


Moja znajomość ludzkich charakterów podpowiedziała mi, że POK wie wszystko. Przecież on od wiek wieków uprawiał ziemię, a ja - beznadziejny mieszczuch - co najwyżej kwiatki w doniczkach. Przybrałam więc pozę naturalnej blondynki (przepraszam wszystkie naturalne blondynki za to niefeministyczne uleganie szowinistycznym męskicm stereotypom, ale jakoś tak mi się napisało...) i zagaiłam, o co mi chodzi. Dokonanie jakichkolwiek ustaleń było baaardzo trudne. Wręcz niemożliwe. POK dysponowal najwyraźniej nieskończoną ilością wolnego czasu, który zamierzał spożytkować na interesującą pogawędkę. Już zaczynałam się obawiać, że nigdy nie uda mi się wyjść z tego podwórka, kiedy pojawił się jakiś samochód podjeżdżający pod dom i wybawił mnie z opresji.

 


Ustaliliśmy, że POK podjedzie do nas na rowerze i zobaczy "to" w naturze.

 


Podjechał, zobaczył. Stwierdził, że szkoda naszych pieniędzy na oranie przed nawiezieniem ziemi ( ). Że nie da rady zaorać pod brzozami i tam mamy sobie "po prostu" zasypać ziemią te trawska. Nie przyjął do wiadomości, że to najwyższe miejsca w naszym ogrodzie i trzeba by nadsypać z pół metra, żeby je przykryć. Zresztą nam nie chodzi o przykrycie tego, tylko o wyrównanie! Ustaliliśmy, że POK pojawi się dopiero po nawiezieniu ziemi, żeby zabronować, "wywłóczyć" i coś tam jeszcze zrobić. Rozmowa z nami - ignorantami - sprawiała mu najwyraźniej ogromną przyjemność, ale perspektywa konieczności powrotu do domu na rowerze w końcu go zniechęciła do kontynuowania ustaleń.

 


Co z tymi trawskami zrobić? Przecież nawet wytrucie ich nie zwolni nas z konieczności przekopania zwartej darni na twardej, suchej ziemi.

 


Tymczasem w dniach 1 - 3 maja na zamku ma się odbyć, jak zwykle w tych dniach, kiermasz roślin. Pewnie nie uda mi się powstrzymać tym razem przed zakupami!

 


Widziałam gdzieś na forum, ale nie wiem, gdzie, informację o jakiejś wspaniałej odmianie brzoskwini nad wyraz odpornej na przemarzanie (szczepiona na korzeniu jakiejś syberyjskiej czy innej takiej śliwy). I, oczywiście, nie mogę tego wątku znaleźć! Jak się to cudo nazywa? Czy ktoś wie?

 


Inne plany "majówkowe" na razie zapowiadają się skromniej niż się spodziewaliśmy, bo na nasze zaproszenie odpowiedziały na razie tylko dwa forumowe "komplety". ZAPROSZENIE NADAL AKTUALNE - odzywajcie się wszyscy, którzy nie wyjeżdżacie. Czyżby przestraszył Was brak drzwi w gościnnej łazience?

 


Tak czy inaczej nasze dziewczyny są szczęśliwe, bo impreza zapowiada się wybitnie "dzieciato"!

Agduś

ZAPROSZENIE

 


Niniejszym mamy zaszczyt zaprosić wszystkich zainteresowanych, naszych wiernych kibiców, znanych osobiście i wirtualnie na PARAPETÓWĘ.


Która to impreza odbędzie się dnia 5 maja w Niepołomicach, oczywiście, przy ulicy Borówkowej 8. Początek o godzinie 17.00.


Niech przybędzie każdy, komu niestraszne pobudowlane pustkowie wokół domu oraz fakt, że prawie nikt w Niepołomicach nie wie, gdzie jest Borówkowa .

 

 


KOMENTARZ:

 


Parapetówka, jak sama nazwa wskazuje, powinna się odbyć na gołych parapetach. Takie właśnie wyjaśnienie znaczenia nazwy tej imprezy ośmieliło nas do wystosowania powyższego zaproszenia. Wprawdzie coś poza gołymi parapetami mamy, ale do zamierzonej świetności naszej siedzibie daleko. Postanowiliśmy jednak dłużej nie czekać, bo głupio ogłaszać parapetówkę rok po przeprowadzce.

 

 


PS. Łazienka dolna, czyli gościnna, nadal nie ma drzwi

Agduś

BLAT I DIETETYCZNE RACUCHY

 


Po kilku dniach mozolnej dłubaniny nadszedł wreszcie czas na większe przedsięwzięcia.

 


W czwartek przyjechała babcia. Najmłodsze dziecię natychmiast zorganizowało jej czas, a ja zniknęłam w pomieszczeniu gospodarczym, które znów zaczęło wyglądać jak zaniedbana składnica surowców wtórnych. Posegregowałam wszystkie do odpowiednich worków i wystawiłam przed dom. Dzień później panowie z MPO zabrali WSZYSTKO, co nadaje się do recyklingu, łącznie z koszmarnymi kłębami grubej folii, zza których nie było widać naszego domu. Od razu zrobiło się mniej budowlanie.

 


Pomieszczenie gospodarcze nagle zrobiło się takie przestronne! Po południu zażyczyłam sobie zainstalowania tam światła (kinkiet już czekał kupiony jakiś czas temu). Musimy kiedyś wreszcie zająć się odtworzeniem tam wylewki i izolacji.

 


Obiecywaliśmy sobie, że przyjazd babci wykorzystamy na wieczorne wyjście do teatru lub kina, ale oczywiście znów zaskrzeczała rzeczywistość i pojechaliśmy w piątek na zakupy.

 


W IKEA dokupiliśmy dwa krzesła do kuchni (zamierzamy jeszcze kupić kilka składanych drewnianych na wypadek większej imprezy), a potem zachorowałam ciężko! Chcę powiesić w jadalni jakiś obrazek w kolorach tam obowiązujących (biel i żółć). Oglądałam sobie różne zdjęcia czy też plakaty (jak to nazwać?) aż tu nagle zobaczyłam TO! Komplet trzech zdjęć na płótnie, kwiaty w kolorach biało - żółtych. IDEALNE!!! Miały tylko jedną wadę, za to poważną, wręcz dyskwalifikującą - cenę.

 


Kolejny raz zrobiliśmy przegląd w hurtowni tkanin i znów tam niczego nie kupiliśmy. Następnym razem pojedziemy tam z niewzruszonym zamiarem dokonania jakiegokolwiek zakupu, bo chyba już pamiętaja nas tam jako oglądaczy. Za to później w Leroi znalazłam IDEALNĄ do kuchni zasłonkę!!! Białą, bo na razie w jadalni przeważa żółty, w białe margerytki z żółtymi środkami. Chwilę później zauważyłam zasłonkę do pokoju Weroniki: czarno -beżowa zebra (czyli brudna zebra) i dobrałam do niej beżową firankę.

 


Kolejny raz potkwiliśmy sobie w krakowskich korkach. Gdybyśmy mieszkali w Krakowie chyba żadna siła nie zmusiłaby nas do jazdy po mieście samochodem! No, mnie to na pewno żadna , Andrzeja tylko stan wyższej konieczności.

 


W sobotę wprawdzie miała się odbyć pierwsza podwójna impreza rundy wiosennej, ale zasugerowałam, że miło by było mieć już normalny blat w kuchni. Przy tych żółciastych ścianach coraz bardziej drażnił mnie tymczasowy blat sklecony z naszego starego granatowego blatu kuchennego i starej sklejki. Zabraliśmy się do pracy i przed imprezą na szafkach (jedną z nich trzeba było rozebrać i skrócić, bo panowie - stolarze machnęli się trochę licząc długość blatu) leżał już cały blat bez wyciętych otworów na zlew i płytę kuchenki. Wyglądał tak pięknie, że żal nam było wycinać w nim te wielkie otwory. I tak zostało do niedzieli, bo przecież impreza odbyć się musiała.

 


Odwiedziła nas też SYLWKA, która ostatnio regularnie nawiedza Niepołomice w celu "pielęgnowania betonu" (zawsze podobało mi się to określenie ). Oczywiście pogadaliśmy o -... tak, zgadliście! - o budowaniu.

 


W niedzielę nie było wyjścia - musieliśmy dokończyć prace, bo brak zlewu i zmywarki (bardziej zmywarki) dawał się we znaki. Kuchnia, salon i holl wyglądały jak pobojowisko, kiedy wreszcie odpowiednio poprzycinany blat umożliwił zamontowanie obu urządzeń.

 


Natychmiast przystąpiliśmy do gorączkowych porządków i przygotowywania racuchów na baaardzo spóźniony obiad. Porządki trwały, ciasto rosło i wtedy właśnie okazało sie, że płyta grzejna nie działa! No po prostu nie działa i już!

 


Andrzej wpadł na pomysł smażenia racuchów w piekarniku! Nie były tak pyszne, jak zwykle, ale za to na pewno bardziej dietetyczne, bo wcale nie zasiąknięte tłuszczeM.

 


Popołudnie i wieczór spędziliśmy w miłym forumowym towarzystwie jk69, rozmawiając, jak przystało forumowiczom, głównie na tematy budowlane.

 


Zaraz chwytam aparat i ruszam po materiał ilustracyjny. Może będzie wieczorem.

 


I jeszcze pytanie: czy widział ktoś ŁADNE dozowniki mydła? Chodzi mi o takie na ścianę lub wpuszczane w blat. Potrzebuję do kuchni podwójnego (lub dwóch) i do łazienek. Znalazłam kilka na allegro, ale nie wiem, czy to już kres możliwości estetycznych tego sprzętu.

Agduś

WŚRÓD PIĘKNYCH OKOLICZNOŚCI PRZYRODY...

 


nasz domek wciąż stoi samotnie. Spodziewałam się, że wiosną ruszą wokół budowy, powoli i nieubłaganie zasłaniając nam niektóre fragmenty widoków z okien. A tu nic. Cisza i spokój zakłócane jedynie wrzaskami bażantów, które tak nam spowszedniały, że nikt już nie zwraca na nie uwagi (nawet piesynka ich nie goni). Tylko w weekendy robi się ludniej. Po sąsiednich działkach snują się powolnym krokiem większe lub mniejsze grupki ludzi (jak u Mickiewicza w opisie grzybobrania wyglądają). Zatrzymują się od czasu do czasu, kreślą rękami w powietrzu jakieś kształty, pokazują miejsca na ziemi. W ich wyobraźni stoją tam już domy, domki i domiszcza.

 


Jak dobrze pamiętam te nasze spacery dokądkolwiek, które niezmiennie kończyły się na działce!

 


Właściwie, to się wcale nie dziwię. Pogadałam właśnie z sąsiadami - tematem była głównie radość, że zdążyliśmy w zeszłym sezonie budowlanym.

 


Przy okazji dowiedziałam się, że naszych bliższych sąsiadów (naprzeciwko i w lewo) ma budować ta sama, pożal się Boże, ekipa, która budowała dom sąsiadów nr 1. Pozwiedzałam ich dom (w stanie surowym zamkniętym) i... podziwiam odwagę lub desperację kolejnych klientów. Widzieliście kiedyś, żeby z jednego pokoju widać było światło w drugim na wylot przez komin ? Bo ja widziałam! O krzywych ścianach nie warto się rozwodzić, ale pustaki max ułożone w ścianie zewnętrznej otworkami nie w pionie, ale w poziomie i to tak, że można przez nie wyglądać, widziałam pierwszy raz! No ale chyba w ogóle mało jeszcze w życiu widziałam.

 


Wciąż się nie mogę zabrać za wywiezienie reszty piasku sprzed domu i rozgarnięcie go po działce. Czekałam aż wyschnie i będzie lżejszy. Już był, ale zajęły mnie prace wewnątrz, a tu dzisiaj deszcz go znów zamoczył!

 


Chyba odprawię rytuał zaklinania deszczu, którego wykonanie poradziłam właśnie jk69 zmagającej się z problemem budowania przy niesprzyjającej aurze.

 


Gdyby ktoś zdesperowany chciał spróbować, przedstawię przebieg ceremonii:

 


Należy zerwać mały żółty kwiatuszek, następnie obejść jakiś zbiornik wodny (wtedy był to niewielki zalew na Wiśle) w składzie trzyosobowym + pies. Stroje dowolne. Pierwsza osoba ma nieść kwiatuszek jak największą świetość, co kilka kroków powinna się zatrzymać, odwrócić w stronę wody i złożyć głęboki pokłon. Druga osoba ma trzymać nad głową pierwszej wielki liść jako baldachim. Trzecia osoba powinna biczować się smyczą i wyć ponuro (doskonale służył do tego refren któregoś z utworów TSA - nie pamiętam już, którego). Pies powinien szczekać. Wszystkie osoby muszą koniecznie przez cały czas intensywnie zaklinać deszcz w kwiatuszek (wyobrażać sobie, ze deszcz prosto z nieba wędruje do kwiatuszka). Na koniec należy kwiatuszek z deszczem wrzucić do płynącej wody, żeby spłynął z nią do morza. Tak odprawiony rytuał niezawodnie odpędzał deszcz na długo. Szczerze polecam!

 


Jeszcze były sposoby na krótkotrwałe rozpędzenie deszczu (tak, żeby zdążyć dojść do schroniska) odprawiane na szlaku w wypadku braku płynącej wody w pobliżu. Też działały.

 


Myśmy naprawdę to robili! I zupełnie nie przeszkadzały nam zdumione spojrzenia przypadkowych widzów.

 


Muszę wreszcie kupić baterie do aparatu, żeby pochwalić sie niektórymi wykonanymi drobiazgami (zdjęć zagipsowanym dziurom robiła nie będę). Dzięki temu dziennik nabierze znów charakteru nieco bardziej budowlanego, bo coś ostatnio piszę nie na temat (poza uzewnętrznianiem moich gorących uczuć do tynkarzy). O właśnie, muszę pokazać te bulwy na suficie. Mam nadzieję, że to nic złego i, że cały tynk nie spadnie nam na głowy pewnego pięknego dnia.

 


Tymczasem oddawałam sie dzisiaj obserwacjom astronomicznym (gołym okiem). A było co obserwować! Nów księżyca na zachodzie - taki wąziutki sierpik. Na tle jeszcze trochę jaśniejszego nieba rozsmarowane chmurki oświetlone od dołu na ciemnoróżowo. Do tego jakieś coś świecące baaardzo jasno właśnie na zachodzie dosyć wysoko nad horyzontem. Za jasne na gwiazdę, wiec pewnie jakaś planeta. Jaka?

 


Hej, jest tam kto? Czy ktoś to czyta? A może wie, co to świeci? Proszę o odpowiedź, bo nie mam kwietniowego numeru "Wiedzy i Życia" z mapką nieba.

 


Tak sobie szłam, kontemplowałam i przypomniała mi się historia opowiedziana przez mojego ojca.

 


Otóż pewnego zimowego poranka wyszedł ze schroniska. Zapowiadała się piękna pogoda. Słońce było jeszcze nisko, śnieg skrzył się w jego promieniach i skrzypiał pod nogami. Drzewa pokrywała gruba warstwa szadzi, więc wyglądały jak misterna koronka. Ojciec wyszedł na stok narciarski i podziwiał widoki roztaczające się wokół. Wracając, zauważył zbliżającego się człowieka. Pamiętał, że widzieli się wieczorem w jadalni schroniska, zamienili kilka słów na tematy narciarskie, wypadało się więc odezwać do niego. Zaczął się gorączkowo zastanawiać, jak podsumować całe to piękno wokół, żeby nie wypadło to banalnie lub patetycznie. Ponieważ nie zdążył wymyślić nic, co by go zadowoliło, facet wyprzedził go i zanim wymienili powitanie zagaił: "Q...a, jak pięknie!"

 


No właśnie: ... jak pięknie!

 


Czego i Wam życzę kończąc kolejnego małobudowlanego posta.

Agduś

W WIOSENNYM NASTROJU

 


Tak mi wiosennie, że aż tytuł musiał być na zielono!

 


Wyszłam ci ja sobie niedawno na wieczorny spacerek z psuką, a tu wszystko pachnie, bydleta napinają (to określenie porannego, co prawda, śpiewu ptasząt ukuł jeden z kolegów z kursu instruktorskiego, kiedy po ciężkiej nocy bladym świtem obudziły go świrgolenia ptactwa), jakby im kto płacił, słonko zachodzi za drzewa... No po prostu jak na wakacjach!!!

 


Tymczasem w domu, po tym, jak nam ściany w kuchni i jadalni zżółkły, nie widać postępu. Cały czas się coś dzieje, ale mało spektakularne to wyczyny. Mieliśmy zamiar pomalować wreszcie salon, ale... przyjrzałam się ścianie, tej najbardziej reprezentacyjnej, w świetle kinkietu (tzn gołej żarówki, która go na razie reprezentuje). Wystarczył jeden rzut oka, żeby stwierdzić, że w bocznym oświetleniu na ścianie kładą się podejrzane cienie. Nie widać ich, gdzy światło pada z kilku stron, ale, gdy pali się jedna żarówka, niestety widać - ściana jest haniebnie nierówna. Kolejny raz pomyślałam ciepło o naszych tynkarzach

 


Staram się nie patrzyć w górę, bo i na suficie widnieją dziwne bąble - błędy i wypaczenia naszej ukochanej ekipy!

 


Niedawno sąsiad prosił o namiar na tynkarzy. Stanowczo odmówiłam podawania telefonu naszych, bo czasem przechodzę pod jego domem. jeszcze by mi jakaś dachówka na głowę spadła z jego pokrytego blachą dachu...

 


Z zazdrością podglądam piękne tynki w dzienniku jk69, więc ją poprosiłam o telefon do ich wykonawców.

 


Tymczasem Andrzej zaczął szlifowanie ściany.

 


Poza tym polakierowaliśmy nasze nowe krzesełka. Planowaliśmy początkowo zrobienie ławy wzdłuż jednego boku stołu, ale dzieciom tak bardzo spodobało się siedzenie na krzesłach, ze na ławie żadna nie chce usiąść. Ogłosiliśmy referendum w sprawie "ława czy krzesła" i ława przegrała. Trudno, niech będą krzesła, tym bardziej, że są tanie.

 


Czeka nas podjecie trudnej decyzji i musimy zrobić to niedługo. Otóż zaprojektowałam piękny (prosze nie poddawać tego w wątpliwość!) podjazd i chodniczek przed domem. Starannie dobrałam kolory kostki i jej fakturę, przemyślałam koncepcję i poprosiłam o wycenę. Kwota była niemała - 11 tys (za wszystko). Tymczasem "pamiętając o ogrodach" podczytywałam sobie wątek o podjazdach i podpowiedziawszy komuś użycie kamienia sjeneńskiego, sama zaczęłam sie łamać. Kiedyś rozważałam taką możliwość, ale wtedy nie było MOJEGO PROJEKTU. Niestety, użycie kamienia sjeneńskiego, lekko licząc, pozwoliłoby nam na zaoszczędzenie połowy kwoty przeznaczonej na wykonanie podjazdu i chodniczka. Niemało! A z drugiej strony, porzucić moją dopieszczoną wizję??? Boli!

 


Gdybyśmy urządzili referendum, wizja wygra z kamieniem sjeneńskim. Po wizji można jeździć na rolkach i na hulajnodze. Można rysować kredą prace wielkoformatowe. A po kamieniu nie.

 


Wizja, czy kamień - oto jest pytanie!

 


Dobranoc!

Agduś

POŚWIĄTECZNY BAŁAGAN

Już po świętach i świątecznych porządkach... Własciwie nie wiem, czego bardziej żałuję.

Świąteczne porzadki ograniczyły się do mycia okien. Zabrałam się do tego z ogromnym zapałem. Właściwie, to lubię myć okna, pod warunkiem, że nie mam w jednym pokoju 24 szyb osadzonych w starych drewnianych ramach obłażących z farby (miałam tak w moim panieńskim pokoju) ani okna, które raz otwarte wymaga potężnej siły, którą nie dysponuję, by je zamknąć (to doświadczenie z bloku).

Po umyciu pierwszego stwierdziłam, że zajęło mi to marne półtorej godzinki. W dodatku moja prawa dłoń wyglądała jak kadr z koszmaru sennego manicurzystki. Okazało się bowiem, że całe ramy okna i szyby są usiane drobniutkimi kropeczkami tynku. Szmatą nijak tego zmyć nie można było, więc z zapałem przystąpiłam do zdrapywania uroczego rzuciku pazurami. Oczywiście dosyć szybko uświadomiłam sobie, że powinnam przerwać i poszukac odpowiedniejszego narzędzia, ale mój zapał do pracy nie pozwolił na żadne przerwy. Pokonałam tak trzy okna 150 na 150, komplet balkonowy (okno i drzwi), dwa okna łazienkowe i... poległam na placu boju. Jako że pogoda nie zachęcała do kolejnych wysiłków za oknem, w naszym pokoju i w salonie umyłam tylko szyby, żeby było świat przez nie widać. Uznałam, że świąteczne porządki zaliczyłam.

W przedświąteczną środę usiłowaliśmy zrobić jakieś zakupy świąteczno - zajączkowo - budowlane, ale i na tym polu osiągnięcia były mizerne. Podróżując po Krakowie samochodem, wpadałam w skrajne nastroje - od czarnej jak smoła rozpaczy, że stoimy w idiotycznym korku, który właściwie jest tylko jeden, ale za to obejmuje całe miasto, po euforyczną radość, że nie mieszkamy w Krakowie i te korki dotyczną nas tylko czasami.

Andrzej wziął urlop od czwartku do wtorku, dzieci dopieszczała kolejna babcia, więc mogliśmy trochę popracować w domku przed świętami i po nich.

Znowu była to mozolna dłubanina, której efektów nie widać. Jedno, co można było zauważyć, to przykręcenie szerszej płyty oddzielającej spiżarkę od kuchni.

Za to w poświąteczny wtorek zaczęliśmy z dawna oczekiwane przedsięwzięcie: malowanie kuchni i jadalni. Pół dnia zajęło nam przygotowanie ścian i pomieszczeń do malowania: odstawianie mebli i przykrywanie folią, gipsowanie wszystkich ubytków i nierówności, przykręcenie drugiej gruntowanie obu płyt.

Kiedy wreszcie chwyciliśmy pędzle, zaniepokoiła mnie cisza. Powinnam słyszeć rzężenia i zgrzyty towarzyszące procesowi prania w naszej pralce. Krótkie oględziny tego zabytkowego sprzętu potwierdziły obawy. Najwyraźniej wysiadł programator.

Kiedy panowie pocąc się, sapiąc i stękając srodze wnosili ją po schodach, przypomniałam sobie, że naszym znajomym, tuz po przeprowadzce, odmówiły dalszej współpracy pralka i lodówka. Zastanawiałm się więc wtedy głośno, czy warto pralkę wnosić na górę w pocie czoła, skoro pewnie zakończy żywot juz niedługo. Andrzej wtedy stwierdził, że w takim wypadku z satysfakcją zrzuci ją z balkonu. Byłam bardzo ciekawa tego widoku. Toż to prawie jak wyrzutnia fortepianu w "Przystanku Alaska", jeżeli by tylko nadać temu zdarzeniu odpowiednią oprawę artystyczną!

Andrzej, wysłany do naprawiacza pralek wrócił porozumiawszy się tylko z jego żoną, która podał mu cenę nowego programatora - 180 zł.

Na pytanie: "czy warto ładować pewnie ze 2 stówki (lekko licząc) w naprawę dziesięcioletniej przerdzewiałej pralki?", odpowiedzieliśmy, nie bez żalu "nie". Pralka marki Polar służyła nam wiernie i dzielnie, biorąc pod uwagę zdolności naszych dzieci w dziedzinie zapewniania jej pracy. Trzeba tu dodać, ze pierwsze nasze dziecię było owijane w pieluszki tetrowe, poza czasem spacerów. Drugie już spacerowało i sypiało w pampersach, dopiero przy trzecim świadomość ekologiczna przegrała z wygodnictwem i tetra była używana bardzo rzadko i krótko. Osobom bezdzietnym, które nie potrafią sobie wyobrazić, jak to wyglądało w praktyce wyjaśnię, że pralka w sumie przez jakieś dwa lata pracowała raz dziennie lub częściej, przez resztę życia około 5 razy na tydzień.

Około godziny 19.00 w pośpiechu kończyłam malowanie sufitu w salonie, żeby zdążyć do jakiegoś sklepu po pralkę. W pierwszym przytłoczył nas nadmiar: było mnóstwo pralek w podobnej cenie. Szybko ustaliliśmy górną granice i priorytety: 1299 zł, minimum 5 kg wsadu, raczej płytsza, wirowanie 1000 obrotów, energo i wodooszczędna, opóźniony start, uroda, ewentualnie inne bajery. Ustaliwszy, ze spełniających nasze wymagania jest kilka, pognaliśmy dalej. I w kolejnym sklepie znaleźliśmy beznadziejną pralkę, niespełniającą trzech spośród powyższych warunków, za to kosztującą jedyne 875 zł. Przeżuliśmy problem, z bólem serca zrezygnowałam z płytkiej i ślicznej i kupiliśmy ją. Na pocieszenie zażądałam natychmiastowego kupna metalowego czajnika, bo woda z naszego śmierdzi plastikiem. Obiecałam też sobie nowy odkurzacz - a co se bede żałować?

A przy okazji poszukiwań pralki kupiliśmy krzesła do jadalni (po 50 zł za sztukę! drewniane!), stoliki do salonu i mnóstwo innych pożytecznych a nieplanowanych na ten wyjazd rzeczy. Po drodze wymyśliłam tez ciekawe rozwiązanie do kuchni nad ławę! Tyle pożytków z jednego wyjazdu!

Dzisiaj rano weszłam do salonu, by podziwiać nasz śliczny, biały sufit. Popatrzyłam w górę krytycznym okiem i... zobaczyłam jakieś plamki, potem w innym miejscu też i jeszcze trochę dalej.

Czyżby coś przebijało? Co mogło przebijać? Biała farba spod białej? Nalałam białej farby do korytka i nuże wałkować te miejsca z rozsądnym zamiarem poprawienia tylko w wybranych punktach. Po chwili doznałam szoku - kolor się nie zgadza, wyraźnie inny odcień!!! Jaki inny odcień? Ta sama farba z tego samego wiaderka, tym samym wałkiem z tej samej rynienki!!! Wpadłam w panikę, ale postanowiłam wałkować przebarwienia i czekac aż ta "inna" farba wyschnie. Tu, i jeszcze tu troszkę i tam... Chodziłam po pokoju ze wzrokiem wbitym w sufit i tropiłam każdą najmniejszą plamkę, zarysowanie, nierówność tynku i nad każdą bolałam. Aż mi kark zdrętwiał od tego gapienia się w górę! Któż będzie tak chodził i tropił plamki?! Przecież ja sama za tydzień o nich zapomnę. Nikt nie chodzi po domu wpatrzony obsesyjnie w sufit!!!

Oczywiście głos rozsądku (to ten zielony) przegrał i po chwili malowałam już cały sufit pokrywając go trzecią warstwą białej farby. W efekcie nie zrobiłam tego, co zrobić miałam, bo nie mogłam oklejac taśmą świeżo pomalowanego sufitu. Chlapnęłam więc szybko wszystkie ściany na żółto, zostawiając pasek pod sufitem na później.

Po powrocie Andrzeja pomalowaliśmy współnie ściany w kuchni i jadalni drugą warstwą żółtej farby (to ta, która miała być kremowa) i tak udało nam się skończyc pierwsze z trzech wiader wściekłej żółci. Drugie spróbujemy przerobić na sławetny krem do salonu i dwa odcienie zieleni do hollu.

Na razie pomalowane pomieszczenia nie nadają się do pozowania, więc zdjęcia będą później.

Agduś

ŚWIĄTECZNE PORZĄDKI???

Wobec tytułu i treści poprzedniej relacji z placu budowy dzisiejszy brzmi jak kpina. No bo jak można mówić o świątecznych porządkach, studiując zapisane w warstwach kurzu dzieje wykańczania domku?

Zastanawiam się, czy święta zastaną nas z wiszącymi smętnie w oknach parteru foliami malarskimi, czy też zdążymy powiesić jakieś tymczasowe zasłonki. Docelowo zasłonek tam nie będzie, ale na razie nie mamy rolet, więc czymś trzeba się zasłonić przed wzrokiem ciekawskich sarenek, bażantów, zajęcy a nawet bociana, który przedwczoraj łaził nam pod oknami.

Pana z firmy robiącej podjazdy gdzieś wrąbało - od tygodnia nie odbiera telefonów. Drugi zapomniał o nas i nie przedstawił obiecanej wyceny. Czas poszukać trzeciego! Mam nadzieję, że posiadanie chodniczka zmniejszy ilość ziemi wnoszonej na butach, butkach, łapach i łapkach do domu!

Agduś

KURZOGEOLOGIA

W miejscach, do których na razie nie udaje mi się dotzreć z miotłą czy ścierką powstaje zapisamna w kurzu historia naszego urządzania się.

Kolejno układają się warstwy kurzu zawierającego różne składniki. Pył drewniany (brzoza) - to pierwsze dni po wprowadzce, kiedy cyklinowano "bezpyłowo" parkiet. Zwykły kurz domowy - układanie wszystkiego. Pył gipsowy - poprawki. Pył drewniany (sosna) - wyrób mebli. Pył z farb akrylowych (szlifowanie ścian). I tak dalej, warstwa za warstwą...

Aż jestem ciekawa, czy rozpoznam kolejen epoki kurzogeologiczne, gdy wreszcie dotrę do podłogi za kartonami z książkami, które wciąż leżą pod schodami (część wtargałam na górę i rozpakowałam, ale jakoś mało ubyło).

We wtorek odwiedzili nas elektrycy. W ramach "gwarancji" przyjechali, by rozwikłać zagadki gniezdek, do których nie dociera prąd i kabli, które nie wiadomo po co sterczą ze ścian. Przy okazji odkryliśmy jeszcze jedno gniazdko, co załatwiło sprawę braku prądu w innym, ujawnionym już dawno.

Winy za brak prądu w kolejnych dwóch nie udało się zrzucić na jakieś inne zamaskowane w scianie przez naszych kochanych tynkarzy, na których ponarzekaliśmy zwyczajowo. Okazało się, że coś się odłączyło w tablicy, czy też pod nią. Podniosło nas to na duchu, bo nie prosiliśmy panów o przyjazd całkiem bezpodstawnie. Wieczorkiem prąd radośnie docierał wszędzie, gdzie powinien, nie docierał tam, gdzie nie powinien, wszystkie kable zostały zdemaskowane, kawka wypita, tynkarze oplotkowani i w pełnej zgodzie rozstaliśmy się z panami elektrykami. Przy tej okazji umyłam dokładnie liczne puszki z różnymi dobrami zgromadzone tymczasowo na zamrażarce, które trzeba było zdjąć, by umożliwić prace. Puszki wórciły na tymczasowe miejsce. Dzisiaj wyglądały dokładnie tak samo, jak przed tym myciem.

Mam tylko cichą nadzieję, że, gdy kiedyś zakończą się prace przy urządzaniu domu, kurz będzie się gromadził nieco wolniej. Na razie każde miejsce, które nie było odkurzane godzinę temu wygląda jak fragment bardzo rzadko odwiedzanego strychu (opis w każdym staromodnym horrorze lub tradycyjnym kryminale z nieboszczykiem na strychu). O zamiataniu nie wspomnę, bo dzisiaj robiłam to około 5 razy, a efektów w tej chwili wolę nie oglądać.

W czwartek kolejny raz zjawiła sie nasza ekipa dopieszczająco - meblująca. Babcia dopieszczała wnuczki ku obopólnej radości, a mój brachol z Andrzejem tworzyli naszą szafospiżarkę. Twór ten okazał się, oczywiście, znacznie bardziej czasochłonny niż się spodziewali, więc zaistniał tylko w zarysie. Jednak już przed wyjazdem ekipy można było trochę rzeczy upchnąć na półkach, a teraz Andrzej, działając z rozpędu, przykręca kolejne półki. Jeszcze tylko przytwierdzenie kartongipsów do stelaża, co zapewne wykonamy niebawem, i szafospiżarka pokaże swe oblicze. Wtedy będzie można stwierdzić, czy jest bardziej szafą, czy też spiżarką. Może nawet nastąpi to jutro, gdyż usłyszałam gdzieś, że niedziela palmowa jest dniem roboczym i wolno "nawet" myć okna nie siejąc zgorszenia wśród sąsiadów. (A'propos okien, to muszę je wreszcie umyć!)

Ostatni szlif zostanie szafie lub spiżarce nadany, gdy zamkną ją przesuwne drzwi. A wtedy juz "tylko" malowanie, karnisze, półki na książki w salonie, ..., ..., ... i można będzie urządzić obiecaną parapetówkę!

Póki co, przyjmujemy nieoficjalnie - na budowie.

Agduś

ZAKUPY - ILUSTRACJE

Teraz ilustracje do poprzedniego rozdziału (i nie tylko, bo niektóre uwiecznione tu zakupy pochodzą jeszcze sprzed wprowadzki):

 

http://images20.fotosik.pl/170/4b385955fd65f52d.jpg

Oto nasza najbardziej bajerancka bateria (w łazience gościnnej na dole). Jak widać ściana za nią jeszcze niewykończona. Łazienki, niestety, muszą poczekać na swoją kolej. Grunt, że nadają się do użytku, a ich wartość estetyczną podniesiemy później.

Baterię kupilismy juz dawno na Allegro i od dawna jest zamontowana, tylko jakoś ciągle zapominałam o zrobieniu jej portretu.

 

http://images21.fotosik.pl/120/8a880984e73c9df0.jpg

Jak widać jednak w miarę możliwości staram się choćby skromnymi środkami o tę wartość zadbać. Tu, niestety, wrażenie wciąż psuje brak dekorków.

Na dolenj półce widać torebkę z pachnącymi suszkami, które docelowo mają tam się znaleźć w szklanym kanciastym pojemniku. Chiałabym kupić taki prostokątny, szerszy niż wyższy, ale na razie nie znalazłam odpowiedniego.

 

http://images20.fotosik.pl/170/fe2d8d4db5488f83.jpg

Nasz blat kuchenny, który już czeka przycięty na zamontowanie.

 

http://images20.fotosik.pl/170/24a1ceaf71176927.jpg

Tym razem pozują do zdjęcia plastikowe "szybki" i klamka. Kolory wyszły jakieś dziwne bez lampy.

 

http://images20.fotosik.pl/170/e9e01dbd4cb4d28f.jpg

Pokój gościnny w piątek wieczorem. Spróbujcie na podstawie tego zdjęcia i następnych wyobrazić sobie kolor lawendowy na ścianach. Na każdym zdjeciu wygląda inaczej w zależności od tego, czy zdjęcie było robione z lampą, bez niej, czy przy świetle dziennym.

Żeby nie było wątpliwości, na parapecie stoi bukiecik suchej lawendy (ździebko już zakurzony).

 

http://images20.fotosik.pl/170/4360eb351bbc41ad.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images21.fotosik.pl/120/318892135216d47f.jpg

Oto stolik i problematycznie duże foteliki. Musimy zdecydować, gdzie w końcu znajdą miejsce, bo od tego zależy, jakim materiałem zostaną obite.

Lawenda, jak widać, zmieniła miejsce pobytu.

 

http://images20.fotosik.pl/170/9f2a05a1455fdd52.jpg

Nasza zabytkowa szafa.

 

http://images20.fotosik.pl/170/18e763a486db00ae.jpg

Kwiatka o lawendowych liściach nie udało mi się znaleźć, ale wczoraj zauważyłam lawendę doniczkową w reklamówce OBI! Coś czuję, że się tam niedługo udamy!

 

http://images20.fotosik.pl/170/3db927b3ec956df9.jpg

Najbardziej nierozsądne zakupy. Zupełnie nieniezbędne!

W Opolu miałam dużo dużych kwiatków (bluszcz pokrywający pół sufitu, bujne paprotki, wielki skrzydłokwiat, girlanda z raphidophory i wiele innych). Pierwszą przeprowadzkę przeżyły nieliczne, potem nie służył im pobyt w "starym domu". Ostatniego Mohikanina wykończyła druga przeprowadzka - połamany zmienił się w sadzonki.

Na szczęście można kupić malutkie kwiatki po parę złotych i za tyleż plastikowe doniczki!

 

http://images22.fotosik.pl/70/75338c191ef38644.jpg

Kiepskie zdjęcie idealnego stołu. Na nim obrotowa deska na torty kupiona z okazji zbliżającej się wiosennej serii imprez rodzinnych.

Agduś

ZAKUPY

 


Od czasu przeprowadzki zakupy są tematem drażliwym. I nie chodzi tu bynajmniej o związane z nimi pozbywanie się środków finansowych, ale o CZAS. Czas stał się naszym bogiem, wrogiem, towarem deficytowym, despotycznym władcą... można by mnożyć określenia, ale i tak wiecie, o co chodzi.

 


Wyrwanie Andrzeja na zakupy jest zadaniem trudnym. Choć zdaje sobie sprawę z faktu, że czasem coś trzeba kupić, każda chwila spędzona na czymś innym niż dłubanie w domu jest dla niego chwilą zmarnowaną. Takie podejście do sprawy jest ze wszech miar godne pochwały. Ja też cieszę się, gdy w domu przybywa coś nowego, ale... no babą jestem, nie da się ukryć, a jako taka lubię czasem w nagrodę za pracowicie spędzony tydzień coś sobie kupić! (Tu poproszę o słowa wsparcia od czytelniczek!) A to szczotki do muszelek sedesowych, to znów uchwyty na papier szczęścia, pełna rozpusta - doniczki na kwiaty i same kwiatki (!!!) albo konieczne klamki do drzwi czy kinkiety. I tak sobie powoli to i owo zwoziliśmy do domku.

 


Pierwsze zakupy odbyły się zaraz po przeprowadzce (jak to dobrze, że pan G. jeszcze nie zdołał pozamykać marketów budowlanych w niedziele!) i przeżyliśmy podczas nich szok! Na liście znalazł się bowiem osprzęt do łazienek. Kiedy zobaczyłam ceny przedmiotów tak prozaicznych jak uchwyty na papier toaletowy, szczęka opadła mi na podłogę. Dlaczego kawałek wygiętego drutu czasem nawet bez osłonki (zresztą takie podobały mi się najbardziej) kosztuje minimum 60 zł?? Cena minimalistycznego kompletu pomnożona przez 3 łazienki dawała kwotę astronomiczną. Na szczęście natchnęło nas, żeby spróbować w IKEA i tam znaleźliśmy łudząco podobne ustrojstwa za 9,99 zł. Uznawszy, że ten wielce skomplikowany przedmiot domowego użytku nie będzie miał większego wpływu na jakość i bezpieczeństwo naszego życia, postanowiliśmy zaryzykować i kupić te podejrzanie tanie przedmioty.

 


(Rzuciłam własnie okiem w lewo i wiecie, co zobaczyłam? Drążek do szafy z gościnnego, którego szukaliśmy bezskutecznie!)

 


Po dwóch niedzielach z konieczności spędzonych pod hasłem urządzania domu, postanowiliśmy, że skoro najbardziej palące potrzeby zostały zaspokojone, możemy wreszcie ogłaszać weekend w sobotę o godzinie 19.00. Dzięki temu postanowieniu Małgosia poznała rozkosze białego szaleństwa na resztkach śniegu w Sieprawiu (o jej starszych siostrach nie wspomnę, bo już w zeszłym roku miałam poważne problemy z doganianiem ich na stoku, spowodowane przerażającym brakiem kondycji), potaplaliśmy się w basenie, czy wypróbowaliśmy nowy plac zabaw w Parku Jordana. W drodze powrotnej z Krakowa skracaliśmy listę zakupów domowych wpadając do jakiegoś marketu budowlanego.

 


Był to wspaniały kompromis pomiędzy andrzejowym unikaniem wyrzutów sumienia, że nic nie robi w domu a moim chciejstwem kupowania czegoś nowego do domku. Dzięki temu mogliśmy spokojnie wybierać kinkiety do hollu i kuchni nie spoglądając nerwowo na zegarki. Przed dłuższą chwilę kontemplowałam wystawkę tychże i zastanawiałm się poważnie, dlaczego egzemplarze tak niewiele różniące się wyglądem, tak bardzo różnią się cenami. Tym bardziej, że zanim spojrzałam na ceny (znacie ten system - numerek przy lampce, cena na drugim końcu regału), wytypowałam kilka spośród tych nie najdroższych.

 


Kompletnym szaleństwem było kupowanie kwiatków - towaru nieniezbędnego. Przyjęłam wypróbowaną taktykę - malutkie kwiatki łatwiej się aklimatyzują, a odpowiednio dopieszczone wyrosną szybko dając satysfakcję w nagrodę.

 


W zeszłym tygodniu stało się coś okropnego: okoliczności zmusiły nas do wyjazdu na zakupy w sobotę (Madzia była zaproszona na urodziny kolegi i musieliśmy kupić prezent). Na szczęście wyjazd był krótki i owocny, więc jakoś to znieśliśmy.

 


Wczoraj, pracując do wieczora, doprowadziliśmy pokój gościnny do stanu prawie, prawie wykończonego. Na tyle wykończonego, że mogłam pomyśleć o umyciu okien, gdy pogoda pozwoli!

 


Po pomalowniu ścian drugą warstwą lawendowej farby o barwie koktailu borówkowego zmontowaliśmy szafę. Był to czwarty w jej karierze montaż i wygląda na to, że ostatni - więcej nie zniesie. Ta szafa to nasz drugi wspólny zakup po wprowadzeniu się do pracowni na 11 piętrze (pierwszym było oczywiście spanie). Jak to się dzieje, że takie naprawdę stare meble budzą jakiś sentyment ("ta szafa stała jeszcze u mojej babci i przekażę ją na pewno dzieciom"), a te nowsze jakoś nie? Ja nie ronię łez na myśl, że nasza szafa kiedyś się rozleci, chociaż teraz ją lubię.

 


Andrzej powiesił karnisz, wnieśliśmy wersalkę (nie lubię wersalek, ale co innego mogliśmy miec w bloku?), okrągły stolik i dwa foteliki. Niestety okazało się, że te trzy ostatnie meble jednak tam nie zostaną - foteliki są za duże do tego pokoju. Co z nimi zrobimy? Jeszcze nie wiem. Na razie zastanawiamy się, co tam postawić.

 


Stanęłam w drzwiach, popatrzyłam i zapałałam gorącym pragnieniem powieszenia firanek i zasłonek oraz przykrycia wersalki pasującą kolorystycznie narzutą. Niestety, to pragnienie można było zrealizować tylko jadąc w sobotę na zakupy, bo hurtownia tkanin jest w niedziele nieczynna.

 


Udało mi się przekonać Andrzeja o konieczności dokonania rekonesansu w hurtowni (tym łatwiej było, że Madzia ma tańczyć góralskiego i koniecznie trzeba było kupić jej "prawdziwe" kierpce od prawdziwej Góralki w przejściu podziemnym koło dworca).

 


Druga sobota pod rząd!

 


Wizyta w hurtowni zaowocowała zapiskami w notesie (budowlany notes już symbolicznie wyrzuciłam i mam nowy - wykończeniowy) i mętlikiem w głowie. Z próbką koloru ścian w ręce wybieraliśmy różne ewentualności. Trudno będzie dobrać firanki, zasłony i narzutę w jednej tonacji, więc któraś z tych tkanin będzie wprowadzała dodatkowy kolor do pokoju (zastanawiam się, czy miętowozielony czy kremowy). Kusi mnie uszycie patchworka na wersalkę (dwa już popełniłam z pomocą Andrzeja), ale to strasznie czasochłonne zajęcie.

 


Drugim i ostatnim punktem programu była wizyta w IKEA, gdzie są teraz przeceny tkanin. Niestety, o ile kiedyś własnie tam były bardzo ładne materiały, o tyle od jakiegoś czasu trudno znaleźć coś ciekawego. Kupiliśmy duże ilości jakiegoś wścieklepomarańczowego zwiewnego cuda z zamiarem zamotania tego malowniczo w okolicach okna salonu i całe mnóstwo cieszących drobiazgów. Z trudem powstrzymałam się od skomponowania dekoracji na stolik pokoju gościnnego, ale i na to przyjdzie czas.

 


A na koniec bomba - Andrzej znalazł stół idealny! Jasny, o IDEALNYCH do naszej jadalni wymiarach, rozkładany (znaczy wydłużany) i w interesującej cenie!

 


Dzięki temu wyrzuty sumienia go chyba nie zjadły. Zresztą w ramach rekompensaty nie zaczęliśmy weekendu o 19.00.

 


I jeszcze jedno! Męska intuicja wskazala Andrzejowi, gdzie szukać ostatniego z zaginionych gniazdek! Chyba już mamy wszystkie! Niestety trzy trzeba było przenosić w inne miejsca - jedno wypadło pod szafą, dwa pod poręczą schodów. W tym momencie okazało się, że budowanie z betonu komórkowego ma swoje zalety - zamiast wydłubać nowe otwory łyżeczką do herbaty, musiał je mozolnie wywiercać i wykuwać w silikacie.

 


A jutro (ups, dzisiaj) ma być wreszcie ładna pogoda. I teraz to mnie będzie sumienie żarło. Kiedy będę siedziała i dłubała w domu: że powinnam dziecka wietrzyć na placu zabaw. Kiedy będę ganiała po placu zabaw asekurując Małgo: że nie robię nic w domu. Czas się zabrać za ogród, co pozwoli łączyć przyjemne z pożytecznym, a właściwie dwa pożyteczne i przyjemne zarazem.

Agduś

BORÓWKOWO PRZY BORÓWKOWEJ

 


Pokój gościnny miał być lawendowy. Nad kolorem ścian zastanawiałam się długo: czy malując je na kremowo samymi tylko dodatkami (zasłony, firanki, narzuta na wersalkę, serweta na stoliku, obicie krzeseł) nadam mu wystarczająco lawendowy charakter? W końcu zdecydowaliśmy, że ściany będą lawendowe, a dodatki kremowe lub lawendowe, ale wtedy nadzwyczaj starannie dobrane do koloru ścian.

 


Z premedytacją nadużywam tu słowa "lawendowy", żeby nikomu na myśl nie przyszły inne odcienie fioletu!

 


Dziś nadszedł ten dzień. Z białej farby za pomocą pigmentu, który nazywa się "fiołkowy" zamiast "lawendowy" wyprodukowaliśmy delikatnie zabarwioną farbę do malowania sufitu. Pokoik niewielki, więc położenie dwóch warstw nie zajęło zbyt wiele czasu.

 


Następnie przystąpiliśmy do mieszania mocniejszego koloru na ściany. Najpierw starannie odliczyliśmy ilość pigmentu, który upodobnił zawartość wiadra do koloru sufitu. Jednostką miary były centymetry, ponieważ pigment miał konsystencję pasty. Następnie dodaliśmy jeszcze pięć centymetrów. Kolor nie zmienił się. Kolejne pięć - bez zmian. Dziesięć - lekko ciemniejszy. Następna dycha i następna... Wreszcie jest odpowiedni. Jeszcze tylko próbka na ścianie wysuszona błyskawicznie suszarką i malujemy.

 


Choć ze wszystkich sił starałam się myśleć lawendowo, zawartość wiadra nieodparcie kojarzyła mi się z koktailem borówkowym. W końcu skapitulowałam i uznałam, że przy Borówkowej będziemy borówkowo przyjmować gości.

 


Chociaz z lawendowości nie rezygnuję - na pewno będzie tu stał bukiecik suszonej lawendy! Widziałam też materiał zasłonowy, kremowy z bukiecikami lawendy. I zobaczymy, z czym się ten kolor będzie kojarzył!

 

 


PS. Dla niewtajemniczonych: chodzi tu o borówkę czernicę w niektórych regionach kraju zwaną, nie wiedzieć czemu "czarną jagodą" zamiast po prostu "borówką".

Agduś

EFEKTY DŁUBANIA (NIEAKTUALNE)

Znowu kilka zdjęć. Nie ma na nich najnowszych osiągnięć w postaci "oplasticzonych" drzwi, czy kilku ułożonych na półkach książek. To będzie w następnym odcinku.

 

http://images21.fotosik.pl/102/2e3e2769a1478c28.jpg

To tutaj oddaję się swojemu nałogowi.

 

http://images21.fotosik.pl/102/8a1c5c32f17263c5.jpg

Te meble zaczęliśmy kupować ponad 10 lat temu. Przez jakieś dwa kolejne lata zestaw rósł, a od tego czasu służy nam wiernie, co juz po nim widać, niestety. Na razie jednak sobie jeszcze trochę postoi w komputerowni zanim odejdzie na zasłużoną emeryturę.

Tutaj, jak widać, zaraz po złożeniu. Teraz już jest częściowo załadowany książkami.

 

http://images22.fotosik.pl/61/c2f14321fd0bdad1.jpg

Nasza pierwsza szafa tuż po zrobieniu i załadowaniu. Nadal nie ma drzwi. Wprawdzie częściowo już istnieją, ale są pilniejsze prace niż ich wykańczanie i zakładanie. Najważniejsze, że było gdzie powiesić ubrania!

 

http://images20.fotosik.pl/151/dfc7389a73d15634.jpg

Beżowy pstryczek na, niestety, ewidentnie żółtej ścienie naszej sypialni. Tak wygląda większość naszych pstryczków i gniazdek - to ta tańsza seria.

 

http://images21.fotosik.pl/102/8032e3b9c8ec8303.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images22.fotosik.pl/61/cdf998a79124e10b.jpg

A to już bardziej wyrafinowane pstryczki i gniazdka (znacznie też droższe, ale jak szaleć, to szaleć!). Takie mamy w kuchni i jadalni (żółte) oraz korytarzach (pomarańczowe). Miałam zamier kupić do Madzi bordowe, ale katalogowe bordo w rzeczywistości okazało się smętnym brązem. Madzia ma więc też beżowe gniazdka, dzięki czemu siostry nie musiały być zazdrosne.

 

http://images20.fotosik.pl/151/485ee71b99b4c33e.jpg

Lampy to dla nas trudny temat. Owszem, bywają ładne lampy, ale, nie wiedzieć czemu, należą do tych najdroższych.W dodatku są koniecznie halogenowe. Nie rozumiem, czemu musimy mieć w tym wypadku aż tak wysublimowane gusta, skoro w większości innych dziedzin są one całkiem pospolite (by nie powiedziec - prostackie).

Po długich i coraz bardziej nerwowych (denerwujące gołe żarówki i chroniczny brak czasu na łażenie po sklepach) poszukiwaniach doznałam olśnienia! Przecież możemy kupić tanie papierowe kule, które nie rażą naszego ordynaryjnego poczucia estetyki. Ich zaletą jest to, że nie są zbyt trwałe. Mam nadzieję, że zanim w naturalny sposób zakończą żywot znajdziemy coś, co nas powali na kolana urodą, a nie ceną.

Radośnie wybraliśmy się do IKEi po kule i tam zobaczyliśmy to cudo - kula z koralikami! Zakupiliśmy dwie takie: dla Weroniki i Madzi (Małgo ma inną lampę "dziecinną" przywiezioną jeszcze z Opola). Oczywiście dziewczyny były zachwycone! W naszej sypialni zawisła klasyczna kula bez koralików.

 

http://images21.fotosik.pl/102/caa9237b72c60e70.jpg

Tę lampę przywieźliśmy z Opola. Świeciła tam w naszej żółto - niebieskiej kuchni. Teraz pasuje do żółto - białej jadalni.

 

http://images21.fotosik.pl/102/aa599e06bf020a35.jpg

Dowód na to, że worków z ciuchami nie ma już koło łóżeczka Małgosi.

Fotel nie jest ofiarą pazurków Kiczorki - dostaliśmy go już w tym opłakanym stanie. Na pewno jakoś trzebą będzie zmienić jego wygląd i dopasować go do pokoju w kolorze "kubusiowym". Teraz jest jedynym siedziskiem w tym pokoju, dopóki łóżeczko Małgosi ma szczebelki.

 

http://images21.fotosik.pl/102/7f3596d2276e1694.jpg

Obiecane tory i uliczki w miejscu, gdzie przez jakiś czas stało nasze łoże.

 

http://images21.fotosik.pl/102/e355b074bf9363a0.jpg

Pokoik Małgosi wieczorkiem. Przy tym świetle ściany wyglądają jak "kubusiowe".

Agduś

TAK SOBIE DŁUBIEMY POMAŁU...

 


Właściwie to tytuł wystarczyłby za całą treść tego wpisu, gdyby nie fakt niezaprzeczalny, że na widok klawiatury dostaję slowotoku.

 


Już nie te czasy, gdy z dnia na dzień przybywało coś dużego - jakiś kawałek ściany, czy instalacji. To były czasy...

 


Teraz pomalutku dłubiemy to i owo. Efekty cieszą, choć przybywa pomału. Już się nawet pogodziłam z tym tempem. Tylko w dzienniku nie ma o czym pisać, bo kogóż może zainteresować fakt, że dziury w ścianach wokół kontaktów już zagipsowane, że pokój gościnny zagruntowany (gdy gruntowaliśmy cały dom, tam była budowlana graciarnia, więc go pominęliśmy), że już wszystkie parapety wewnętrzne osadzone? A to wszystko zabiera nadspodziewanie dużo czasu.

 


Ostatnio Andrzej zajął się osadzaniem szybek w drzwiach. Pociął je na odpowiednie kawałki i powsadzał, co zajęło nawet przyzwoitą ilość czasu. Niestety, dwie płyty trzeba będzie dokupić. Jedną, bo się pomyliliśmy chyba w liczeniu i kkupiliśmy za mało. Drugą, bo mamy psa. Nasza psica dosłownie przeszła przez jedną płytę na wylot. Jak ona na to wpadła? Nie mam pojęcia. Harrego Pottera nie oglądała, bo jest za młoda i jej nie pozwoliliśmy (na pewno już spała). Czytać też nie umie, zresztą te książki jeszcze są spakowane. Dlaczego więc wpadła na pomysł, że umie przenikać przez plastikowe szyby? Właściwie to miała rację - przeniknęła.

 


Tak czy inaczej, już się wydawało, że przynajmniej pięcioro drzwi będzie oszklonych, czy też "oplasticzonych", w sobotę, kiedy Andrzej zabrał się za przyklejanie listewek mocujących szybki. I tu się zaczęły schody. Otóż listwy są, owszem, załączone do kompletu, ale w stanie niepociętym na wymiar! Oznacza to konieczność wymierzenia ich i pocięcia pod odpowiednim kątem. Żeby nie wydawało się to tak banalnie proste, listwy są wypukłe, więc nie można ich ciąć ot, tak sobie, prosto. Trzeba odpowiednio wyprofilować. Podejrzewam, że w fabryce robi to maszyna, bo jakoś nie wyobrażam sobie pana tnącego precyzyjnie wyrzynarką każdej listewki. Oczywiście można by było dołączyć pocięte listewki gotowe do wklejenia, ale po co? Tyle pożytku z takich niepociętych! Po pierwsze - kupujący może nie umieć tego zrobić, więc zapłaci fachowcowi. Po drugie - może umieć, ale nie mieć sprzętu, więc go kupi. Po trzecie, może być nerwusem lub nieudacznikiem, więc zniszczy drzwi (odpowiednio ze złości lub niechcący) i kupi nowe. Iluż ludzi może zarobić dzięki prostemu pomysłowi sprzedawania niepociętych listewek! To na kilometr śmierdzi jakąś zmową! Komu by to zgłosić?

 


Tak czy siak, część listewek czeka na pocięcie i wklejenie.

 


Na drodze (tym dłuższym prostym odcinku) pojawiły się pomarańczowe paliki, dzięki którym zaświtała nam nadzieja, że będzie do nas można dotrzeć nawet po deszczu bez użycia gumofilców. Wyobrażam sobie radość właścicieli dalej położonych działek, którzy uzyskają dojazd do swoich posiadłości i możliwość budowania! Pamiętam swoje wzruszenie na widok koszmarnych kamieni wielkich jak głowy kapusty leżących na naszej drodze!

 


Kolejną przyszłą sąsiadkę poznałam już "forumowo". Pozdrawiam!

Agduś

DLA WZROKOWCÓW

Niestety, zdjęcia nie są najbardziej aktualne, ale coś na nich widać.

Obiecuję obfotografować postępy i wkleić w najbliższym czasie.

 

http://images21.fotosik.pl/73/d227247ad112afb7.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images21.fotosik.pl/73/366a312c4d69ca5c.jpg

Tak wyglądała nasza dolna łazienka, zanim została zagracona po przeprowadzce. No, teraz jeszcze jest bogatsza o umywalkę, baterie i muszelkę. Muszę jutro pokazać baterię umywalkową, bo w brodziku na razie jest skład materiałów i narzędzi.

Te puste zielone miejsca staną się kiedyś największa ozdobą tej łazienki, gdy uda nam się kupić dekorki "suszki" lub wykonać własnoręcznie ich podróbki, jeżeli nie da się kupić oryginałów.

 

http://images20.fotosik.pl/123/13b6f0f5a5d859b2.jpg

Próbowałam znaleźć zdjecie, które najlepiej oddawałoby rzeczywisty kolor podłogi w naszej sypialni po olejowaniu. Nie ma takiego.

 

http://images22.fotosik.pl/46/8e1155b1835f9c1e.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images20.fotosik.pl/123/88c878ab3b643cf9.jpg

Jeszcze raz schody, ale tym razem już po dodaniu jednego stopnia, dzięki któremu można przejść wygodnie do kuchni. Na zdjęciu z góry widać, że wbrew moim obawom są wygodne.

Na razie zostały im te nieszczęsne łuki i zaokrąglenia. Okazalo się, że niektóre (te po zewnętrznej) są konieczne. Pozostałe mamy zamiar wyprostować sami, żeby były dokładnie takie, jak chcemy.

 

http://images21.fotosik.pl/73/80ff1e2aae32cd80.jpg

Tak wyglądało madejowe łoże Madzi. Nie polubiła go. Teraz ma już materac, który stanie sie częścią jej łóżka, gdy znajdzie się na jego wykonanie CZAS.

 

http://images22.fotosik.pl/46/4993a61f38e50d00.jpg

Brutalna prawda o przeprowadzce, czyli wielkie worki...

Już ich tam nie ma!

 

http://images22.fotosik.pl/46/f9962d4b7cdaa974.jpg

Zszokowana przeprowadzką Kiczorka znalazła sobie na początku miejsce, z którego wszystko najlepiej widziała i miała nas pod kontrolą.

 

http://images21.fotosik.pl/73/681787abec9d8783.jpg

Oczekiwana pierwsza kąpiel pod żaglami.

 

http://images20.fotosik.pl/123/bbcea302e42c4888.jpg

Piękna klamka - nieprawdaż?

A to było tak:

Na życzenie dzieci Andrzej wstawił skrzydło drzwi w jedyną zamontowaną ościeżnicę. Jeszcze nie kupiliśmy klamek, więc drzwi nie należało zatrzaskiwać. Oczywiście wiadomo, że MUSIAŁY zostać zatrzaśnięte. Na szczęście w środku znalazły się Weronika i Magda, a ja zostałam na zewnątrz. Winowajczynią była Małgosia.

Pierwsze próby otwarcia drzwi za pomocą standartowych narzędzi (trzonki różnych sztućców, śrubokręty i inne narzędzia) nie powiodły się. Znalazłam jednak pozostawiony przez nadwyraz uprzejmych panów parkieciarzy patyczek (kawałek lamelki) przycięty dokładnie na wymiar otworu w drzwiach. Niestety próba obrócenia go palcami nie powiodła się, więc znalazłam przypadkiem leżącego na wierzchu dziadka do orzechów. I tak powstała ta urocza klamka, która zresztą służyła jeszcze przez kilka dni.

 

http://images21.fotosik.pl/73/215be711550c0828.jpg

Jak widać Małgo wydatnie przyczyniła się do powstania naszej szafy. Tło pominę milczeniem.

 

http://images20.fotosik.pl/123/43f257692ad2c75b.jpg

Widok z okna o poranku.

 

http://images21.fotosik.pl/73/e32eec5974ae6952.jpg

href="www.fotosik.pl" rel="">http://images20.fotosik.pl/123/36af46bed1bf562a.jpg

Wracamy do normalności.

Agduś

DLACZEGO DZISIAJ NIEWIELE ZROBIŁAM W DOMU...

 


Jak to się stało, że mi się poprzedni post trzy razy opublikował ? Nie mam pojęcia. Jeden usunęłam, drugi zmieniam i będzie dobrze.

 


Dzisiaj miałam zamier wykonać baaardzo dużo pożytecznych prac, zbliżających nas o mały kroczek do szczęśliwego finału urządzania się. Jednak w drogę weszła mi (dosłownie) pewna suczka z wyglądu podobna do collie. Przypałętała się, gdy dochodziłyśmy do przedszkola. Jakoś tak samotnie wyglądała. Na skutek dłuższych manewrów, które musiały przypominać postronnemu obserwatorowi poczynania osoby dotkniętej ciężkimi zanikami pamięci, weszłam w posiadanie tejże suni ku jej ogromnej radości chyba (mojej mniejszej, bo przyćmionej świadomością, że ABSOLUTNIE drugiego psa mieć nie możemy).

 


1. Poszłam do ludzi, u których na podwórku widywałam psa rasy collie. Właścicielka oświadczyła, że pies zginął półtorej miesiąca temu i obiecała, że uda się na poszukiwania we wskazanym przeze mnie kierunku.

 


2. Wyszłam od nich w lewo. Spojrzałam w tył i zobaczyłam psa podążającego w stronę sklepu.

 


3. Zrobiłam w tył zwrot, coby wskazać domniemanej właścicielce nowy kierunek poszukiwań.

 


4. Weszłam do sklepu, żeby zobaczyć, czy nie a tam kogoś, z kim pies przyszedł.

 


5. Wyszłam ze sklepu.

 


6. Spotkałam poszukującą psa domniemaną właścicielkę i wskazałam kierunek.

 


7. Ruszyłam w lewo.

 


8. Zobaczyłam psa, więc zawróciłam za sklep.

 


9. Dogoniłam psa (cały czas dreptała ze mną Małgosia) i próbowałam prowadzić za obrożę, ale pies odmówił współpracy i położył się na chodniku.

 


10. Za pomoca rozpuszczalnej gumy do żucia zwabiłam psa na podwórko domniemanych właściciel, którzy stwierdzili, że to nie ich pies i odmówili przechowania go choćby na podwórku do czasu znalezienia właśiciela . Za to pożyczyli mi smycz.

 


11. Prowadziłam psa w stronę posterunku straży miejskiej, dręczona wyrzutami sumienia, ze wyląduje w schronisku na poniewierkę i zmarnowanie.

 


12. Wykonałam w tył zwrot i poszłam do koleżanki. Okazało się, że też nie może psa przechować, bo jej podwórko jest ogrodzone tylko pozornie.

 


13. Natchnięta genialną myślą odholowałam psuczkę (już to sprawdziłam) do sąsiadów (tych od pożyczania prądu i przechowywania agregatu). Zgodzili się wpuścić ją na podwórko przy budowanym domu.

 


14. Wpadłam do domu, napisałam ogłoszenia i pobiegłam je rozwiesić. Przy okazji znalazłam ewentualnie chętną na wzięcie psuczki, gdyby się właściciel nie znalazł. Pani pracuje w sklepie mięsnym, co wróży suczce całkiem nieźle.

 


15. Wieczorem objeździłam okolicę. Okazało sie, że psina biega już od dłuższego czasu. Nawet ktoś ją do lecznicy odprowadził, ale stamtąd została z powrotem wypuszczona na ulicę .

 


Niewiele zrobiłam w domu .

 


Czy ktoś z Was nie ma ochoty na wejście w posiadanie tej ślicznej, młodej, grzecznej suni? Pani z mięsnego nawet ją oglądała, ale musi namówić męża. Ciekawe, czy ma dar przekonywania?

 


Wieczorkiem Andrzej skończył wstawianie drzwi na górze. Jeszcze "tylko" trzeba pociąć najmniej okropne, jakie były w sklepie, plastikowe "bezpieczne" szyby, wstawić je w drzwi, zaolejować drewno i zawiesić na zawiasach. To nibyszkło wynika z moich wspomnień:

 


Wspomnienie pierwsze - szyba w drzwiach mojego brata dwukrotnie rozbita, na szczęście bez większych uszkodzeń ciała chyba, bo bym pewnie zapamiętała mrożące krew w żyłach sceny, gdyby do takowych doszło.

 


Wspomnienie drugie - opowieść mojej koleżanki, która musiała swojego młodszego brata holować na pogotowie, gdy wszedł w bliższy kontakt z szybą w drzwiach pod nieobecność rodziców. Właśnie wtedy dowiedziała się, że program nauczania PO w LO nie przystaje do nowych zasad udzielania pierwszej pomocy, gdy została obtańcowana przez lekarza za opaskę uciskową powyżej rany.

 


Postanowiłam namówić moje poczucie estetyki na kompromis. Zgodziło się pod warunkiem, że, gdy tylko dzieci wydorośleją, natychmiast zmienimy plastiki na matowe szkło. Jednak na dole będą szyby - tu sprawę postawiło twardo i musiałam ustąpić.

 


Nabyliśmy wczoraj również okap do kuchni i ... naklejki na ściany z Kubusiem Puchatkiem. Tutaj też poczucie wysublimowanego piękna zaprotestowało, ale to przecież w końcu pokoik Małgosi i ona wybiera to, co jej się podoba!

 


Jeżeli chodzi o okap, to musiał być biały, co znacznie ograniczyło wybór. Zalety wentylatorka były nam doskonale obojętne, ponieważ i tak zostanie wymontowany, żeby nie przeszkadzał naszej wentylacji. W efekcie kupiliśmy (chcąc, nie chcąc) najtańszy okap (w tym droższym nie dało się wymontować wentylatorka).

 


Wreszcie udało nam się przeprowadzić do naszego pokoju! Gdy Andrzej walczył z drzwiami, dokończyłam to i owo i uznałam, że czas najwyższy iść na swoje. Obiecałam Małgosi, że jutro wreszcie rozłożymy wszystkie tory i uliczki!

Agduś

WZLOTY I UPADKI

 


Z powodu braku czasu ciągle ląduję na drugiej stronie!

 


Właśnie skończyłam sprzątanie po malowaniu naszego pokoju i jednej ściany pomieszczenia, w którym teraz siedzę i te słowa wklepuję.

 


Andrzej z obrzydzeniem kończy montowanie ościeżnicy kolejnych drzwi. Z obrzydzeniem, bo robi to za pomocą pianki montażowej, która ma przedziwną zdolność klejenia się do rąk i wszystkiego w swoim otoczeniu. Jest okropna! Wiem, bo się nią ulepiłam, kiedy osadzałam prowizorycznie skrzynkę na listy w słupku.

 


Jutro wreszcie przeniesiemy nasze łoże małżeńskie (conieco zdekompletowane jeszcze) do NASZEJ sypialni. Małgo już się nie może doczekać. Wieczorem nieprzytomnie śpiąca marudziła, żebyśmy jeszcze dzisiaj się wynieśli. Biedna, nie miała dotychczas miejsca na rozłożenie wszystkich torów i uliczek.

 


Łoże na razie pozostanie w formie obecnej, czyli beznożnej. Zażyczyłam sobie wykonania nowego wezgłowia i do kompletu tego w nogach. Całe łoże jest dziełem Andrzeja i powstało z desek, które w Opolu pełniły funkcję półek na książki u dzieci. Jednak teraz, stojąc na dotychczasowych nogach pod skosem, byłoby zbyt wysokie, żeby wygodnie na nim usiąść, oprzeć się i poczytać.

 


Sypialnia jest ŻÓŁTA. Niestety bez wątpienia jest to kolor zółty, a nie kremowy. Nigdy więcej wybierania kolorów farb z próbnika!!! Nigdy!!! Zamówiliśmy trzy wiadra farby, która wydawała nam sie kremowa. Dostaliśmy trzy wiadra intensywnie żółtej! Teraz Andrzej miesza ją z białą pół na pół, a potem dodaje odliczany kroplami brązowy pigment. Dzięki temu nasze ściany nie są wściekle żółte, ale też i ecru to nie jest. Jakoś chyba przeżyję to, co zresztą własnoręcznie nanosiłam wałkiem na ściany. To w końcu tylko kilka lat. Potem znowu malowanie. Kupimy sobie BIAŁĄ farbę i pigmenty!

 


Póżno już, więc jeszcze krótko o tytułowych wzlotach i upadkach:

 


Tuż po wprowadzce z lekkim niedowierzaniem spoglądałam na otaczające mnie ściany. Jak to? To nasze? (No, może jeden bank miałby nieco inne zdanie na ten temat.) Tu będziemy mieszkać? Tyle miejsca???

 


Potem wpadłam w lekką euforię, która znakomicie pomogła mi w doprowadzaniu domu do stanu pozwalającego w nim mieszkać.

 


Kolejnym etapem był zawód, że zmiany nie postępują tak szybko, jak bym chciała. Minął już tydzień, a tu wciąż nie ma podłączonej pralki i zmywarki, szafy wciąż w sferze planów na przyszłość, o malowaniu nie ma co marzyć, większość dobytku popakowana i niedostępna (najbardziej mi to przeszkadza, gdy wiem, że mam jakąś książkę, która by się w tym momencie bardzo przydała Weronice do szkoły, a nie moge się do niej dokopać), ba, nawet wszystkie kontakty jeszcze nie założone... W dodatku w tych biwakowych warunkach codzienne czynności zajmowały znacznie więcej cennego czasu niz powinny, co powiększało moją frustrację. Brak pralki połączony ze zwiększoną zużywalnością czystych ubrań, spowodował, że góra prania najpierw przerosła mnie, potem wyszła z kosza na podłogę, która następnie skolonizowała do tego stopnia, ze poruszanie się po łazience dzieci było nimożliwe bez deptania po ciuchach. Już prawie dojrzewałam do samobójczej decyzji o wypraniu tego w rękach, gdy wreszcie udało się podłączyć pralkę! To szczęśliwe wydarzenie (te słowa nigdy chyba nie przestaną mi się kojarzyć z tematem mojej pracy magisterskiej ) znacznie podniosło mnie na duchu! Przestałam zrzędzić i marudzić (prawie) i pogodziłam się z koniecznością pomieszkania przez jakiś czas w takich warunkach. Tym bardziej, że trochę później przyjechał mój brat i wspólnie z Andrzejem zrobili pierwszą szafę - w wiatrołapie (na razie nie ma drzwi, ale swoją podstawową funkcję pełni znakomicie!). Zamocowali też zlewozmywak i uruchomili zmywarkę! Hip Hip Hurra!

 


CZy chwaliłam się już, że po odwołaniu napisanym fachowo przez Andrzeja DHL oddał nam pieniądze za rozbity zlew? Naprawdę oddali! A my wtedy... posklejaliśmy ten rozwalony zamiast kupować nowy. No, widać po nim, że jest klejony, ale na razie musi nam posłużyć. Jest tyle innych sposobów wydania tych pieniędzy... A kiedyś kupimy sobie nowy!

 


Zamówiłam próbki tkanin od producentów rolet, którzy ogłaszają się na Allegro. Do łazienek kupimu takie zaciągane od dołu, co pozwoli kontemplowac widoki za oknem...

 


Był u nas tez pan, który chętnie wykona nasz podjazd i chodniczek według mojego pomysłu. Wycena całości prac i materiału ździebko nas zaskoczyła i nie była to przyjemna niespodzianka. Chcemy popytać o to inne firmy, ale juz jakoś sie nie łudzimy, że podadzą cenę o połowę niższą

 


Mam zamiar za to wytargować, żeby przy okazji i to w ramach podanej kwoty rozplantowali nam ziemię w ogródku. Koniecznie musimy kupić kilka wywrotek ziemi, bo na naszej glinie pewnie nic nie będzie chciało rosnąć, poza chwastami, oczywiście. Zaczęłam rozwozić po działce piasek, który nam po czymś tam został i szybko zrozumiałam, że gdybym chciała ta metodą rozwieźć i rozplantowac ziemię, to ogródek będzie w najlepszym razie za jakieś parę lat. Planuję też powiększyć i ukształtować usypaną na końcu działki górkę, która ma się stać ekstraordynaryjnej urody skalniakiem. To także lepiej zrobiłaby koparka!

 


I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś (ups, "na wczoraj" raczej).

 


Dobranoc!

Agduś

W SIECI

Czego nie mieliśmy?

- większości pstryczków i gniazdek

- blatu w kuchni

- zlewozmywaka

- podłączonej kuchenki

- podłączonej zmywarki

- łazienki na dole

- podłączonej pralki

- podłogi w salonie, gościnnym i naszej sypialni

- drzwi wewnętrznych

- pomalowanych ścian

- żadnych szaf (a te mają być podstawą umeblowania domku)

- lamp (w ich miejsce tu i ówdzie wisiały gołe żarówki)

- czasu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

W poniedziałek pojawili się panowie schodziarzo - parkieciarze. Nadali ostatni szlif schodom i zabrali się za podłogi. W pewnym momencie zaskoczył mnie ostry smrodek nijak nie przypominający zapachu oleju, którym miały zostać potraktowane nasze podłogi. Okazało się, że najpierw należy zrobić szpachlę i zapchać nią szpary pomiędzy lamelkami. Szpachlę robi się właśnie z lakieru wymieszanego z pyłem pozostałym po cyklinowaniu. Potem podłoga była jeszcze raz szlifowana, żeby usunąć z niej lakier i dopiero olejowana. Zupełnie nie spodziewałam się takich atrakcji! Zrezygnowałam chwilowo z porządkowania domu, upewniłam się, że panowie nie zamierzaja przed wieczorem nas opuścić i pognałam do starego domu, żeby tam sprzątać i pakować resztki dobytku.

Wieczorem włączyliśmy rekuperator na trzeci bieg, żeby się nie uwędzić w resztkach smrodku lakieru. Pomogło.

Tak minął też wtorek.

Dzięki temu, że uciekałam przed smrodem lakieru, zrobiłam porządki w starym domu. Inaczej pewnie nie oderwałabym się od urządzania się w nowym. Ostatniego dnia stycznia Andrzej zabrał stamtąd ostatnie rzeczy, wymontował nasze baterie i przewiózł rowery. Oddaliśmy klucze!

Jednocześnie trwały prace w naszej dolnej łazience, dzieki czemu od środy mogłam już też na dole korzystać z dobrodziejstw cywilizacji w postaci wody płynącej z kranu.

W srodę odetchnęłam - już nikt obcy nie kręcił się po domu. Już nie mieszkaliśmy na budowie!

Początkowe braki w wyposażeniu kuchni były dosyć kłopotliwe. Jako że na dole w łazience jeszcze nie było umywalki, z każdą łyżeczką do mycia biegałam na górę. Garnki zbierałam do miednicy i myłam w wannie (nie wspomnę, co o tym myślał mój kręgosłup!). Podłączenie zmywarki było niemożliwe, dopóki nie będzie zlewu. Zlewu nie mogło być bez blatu. Blatu nie było, o czym później.

W sobotę, zaraz po przeprowadzce, Andrzej pojechał do starego domu z garnkiem. Po drodze kupił gotowe pierogi, tam je ugotował i przywiózł ciepłe.

W niedzielę daliśmy się zaprosić na obiad do cioci, przy okazji kupując to i owo z rzeczy niezbędnych. W poniedziałek wybrałam się sprzątać w starym domu i tam zebrałam dzieci w celu nakarmienia ich znów wyrobami gotowymi. We wtorek odgrzałam w mikrofalówce gotowe naleśniki (pyszne na szczęście). W środę w przypływie rozpaczy (jak długo można jeść pierogi i naleśniki z mikrofalówki?) kupiłam gotową płynną zupę w torebce, coby podgrzać ją w mikrofalówce. Na drugie były jakieś pulpety ze słoika. Wbrew zapewnieniom na opakowaniach, ale za to zgodnie z moimi przewidywaniami, produkty te nie wzbudziły zachwytu publiczności. Powiedzmy szczerze: były prawie, prawie niejadalne. Tylko umiejętny szantaż zmusił dzieci do przełknięcia tych podejrzanie wyglądających i woniejących szkolną stołówką specyfików.

Ten obiad chyba przekonał Andrzeja, że uruchomienie płyty grzejnej jest zadaniem priorytetowym. Usiłował to zrobić już wcześniej, ale niezmiennie próby te kończyły się wybiciem bezpieczników. Czasem wyłączało się wszystko, czasem tylko jakieś fazy. W dodatku wyłączały się w skrzynce na zewnątrz, a kontrolki w domowej skrzynce świeciły, jakby nigdy nic. Kuchenka działała, gotowałam więc sobie spokojnie, nie wiedząc, że grzeje tylko na jednej fazie, bo pozostałe wybiło. W efekcie pompa ciepła nie grzała, więc podejrzewaliśmy ją o najgorsze i wydzwanialiśmy do pana Kuraszyka, który usiłował telefonicznie naprawiać domniemaną usterkę. Na szczęście wszystko się wyjaśniło. Wezwany na pomoc znawca kuchenek - amator też początkowo nie wiedział, o co biega. Dopiero po dłuższych rozważaniach zauważyli obydwaj z Andrzejem jakieś tajemnicze mostki, które umożliwiały kuchence pracę na jednej fazie i powodowały wywalanie bezpieczników pozostałych faz. Po usunięciu tychże mostków już wszystko grało.

Pierwszy tydzień upłynął nam w sieci przedłużaczy. Mieliśmy na dole i na górze chyba po jednym sprawnym czyli podłączonym gniazdku. Wprawdzie panowie elektrycy zaproponowali nam zakładanie gniazdek i pstryczków, ale policzyli sobie po 5 zł od sztuki, co może nie jest wielką kwotą, ale pomnożone przez ilość punktów daję już konkretną sumkę.

Policzywszy kolejny raz, ile czego nam potrzeba,wybrałam się kiedyś na spacer do hurtowni (tamta, w której już wcześniej składaliśmy zamówienie, zapomniała o nas) i nabyłam większą ilość ramek, gniazdek i pstryczków, wybierając takie w cenie raczej umiarkowanej. Do tego zamówiłam do niektórych pomieszczeń takie bardziej wyszukane i nieco droższe. Za pierwszą partię zapłaciłam około 500 zł.

Ponieważ już pierwszego dnia należało popodłączać prąd tu i ówdzie, wykorzystaliśmy nasze bogate zasoby przedłużaczy. Nawet nie wiedziałam, że dorobiliśmy się tak imponującej ich ilości. Dosyć napisać, że bez trudu podłączyliśmy z jednego gniazdka (ze względów bezpieczeństwa bezpiecznik od gniazdek na górze był wyłączony) wszystkie niezbędne odbiorniki prądu w całym domu!

Już w niedzielę Andrzej zabrał się do podłączania gniazdek. Montując kolejne podliczał, ile kasy zaoszczędził. Po włączeniu bezpiecznika okazało się, że - niespodzianka - w większości gniazdek nie ma prądu!

Zagajeni o to telefonicznie elektrycy wyjaśnili, że to nie jest tak, jakby się laikowi wydawało - sterczy kabelek, to i prąd w nim płynie. O nie! Instalując gniazdka, trzeba jakoś oś tam łączyć, a wtedy w kolejnym gniazdku pojawi się prąd. Andrzej, w przeciwieństwie do mnie, na szczęście pojmuje, o co w tym wszystkim chodzi (oj, trzeba było uważać na fizyce w liceum, a nie gazety czytać!), więc po kolei zaczął te kabelki łączyć, spędzając na tym wszystkie popołudnia i wieczory. I tak do niektórych gniazdek nie dopływa prąd, co budzi nasze uzasadnione obawy, że gdzieś tam pod tynkiem drzemią sobi enieodkryte gniazdka. Już i tak za pomocą wiertarki Andrzej dokonał kilku odkryć. Jednak nadal podejrzewmy, że gdzieś powiniem być jeszcze jeden pstryczek.

Nadzwyczajna czujność wyłącznika różnicowoprądowego powodowała, że z monotonną regularnością co jakiś czas dom pogrążał się w egipskich ciemnościach. Co ciekawe, wyłącznik pozbawiał nas światła, mimo że odpowiednie bezpieczniki zawsze były wyłączone i w gniazdkach nie było w tym momencie prądu! Za mądre to dla mnie!

Powoli przbywało czynnych gniazdek i ubywało kabli leżących na podłogach. I tak upłynął nam pierwszy tydzień mieszkania w nowym domku.

Wykorzystując stare szafki kuchenne i łazienkowe, które przyjechały z nami jeszcze z Opola, poukładałam dzieciom ubrania i zlikwidowałam prawie wszystkie worki. Tylko nasze ubrania zostały nierozpakowane i czekały na pierwszą szafę, która miała powstać właśnie w naszym pokoju.



×
×
  • Dodaj nową pozycję...