Pod dachem, czyli moje niebo, czyli opowiastka strychowa :)
Synowie wolnych miast i wsi, od Karpat do Bałtyku, budowniczowie jasnych dni, murarzu i hutniku!!!
Ach, w społeczno-socjalistycznym nastroju, poniosłabym flagę i kielnią machała. No cóż – pochody 1-majowe, przesłonił tuman historii, więc tylko z pieśnią na ustach mogę budować dalej moje niebo. Gdyby jeszcze ktoś mi płacił za to, żebym przestała śpiewać to nawet kredyt by nie był potrzebny. Tymczasem kolejny bank – tym razem spod herbu Łosia (czyt. Nordea) zmaga się z moją sprawą, a ja coraz bardziej czuję się jak ta rogacizna, na samą myśl o spłacie przez najbliższe 30 lat.
Nie zważając jednak na ograniczenia budżetowe wyrabiamy dalej 100 % normy i ocieplamy co się da. A da się już sporo: zewnętrzne ściany oficyny, jaskółki, dach od wewnątrz. Pierzynki uni-maty ciepło otulają krokwie, styropian zamierza skutecznie izolować od zimna wszelakiego, a krawędzie dachu stroją się w biżuterię z obróbek blacharskich. Aktyw robotniczy został powiększony o grupę ociepleniową. Świetnie wynegocjowana stawka cieszyła nas przez pierwsze dwa dni, zaś wczoraj świeży narybek odpłynął w siną dal. Być może pomyśleli o strajku. My jednak pomyśleliśmy o telefonie do szefa ekipy, a ten obiecał wywiązać się z umowy. Radość z zakończenia ocieplenia odkładamy więc na kolejne dni maja. Stachanowska norma musi być jednak wyrobiona, więc na dachu rozkłada się druga warstwa papy, a rynny niecierpliwie wyginają się do przyjęcia ewentualnego deszczu. Nawet taras dostał wzbogacił się o tonę cementu, folie, izolacje i działający odpływ, co rokuje na bliskie już otwarcie sezonu pod chmurką.
Szarfy już szyć nie będę, ale wstęgę na otwarcie pewnie przygotuję, chyba, że jak Pstrowski – górnik ubogi, wyrobię normę, wyciągnę nogi.
0 komentarzy
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia