u mnie bylo podobnie jak u kolegi. co prawda nie mam zony, ale skonczylo sie to na mocnym ograniczeniu kontaktow towarzyskich. mieszkanie mialem tak akustyczne, ze slyzsalem doslownie mieszanie herbaty w szkance sasiadki na gorze. przestalem zaprawszac znajmomych - bo uslysza rozmowy, przestalem sluchac radia - bo przeszkadzalo mi, ze ktos slucha razem ze mna (moze sobie tego nie zyczy - no, przesada, wiem...), doslownie chodzilem na palcach, bo czulem sie podsluchiwany... koszar, popadlem w paranoje, po 6 latach tej meki wyprowadzilem sie na obrzeza miasta do szeregowca i zaczalem czuc sie
w koncu jak u siebie...