Witam serdecznie Dla mnie to temat ciągle pełen emocji... Całe życie mieszkałam na swoim, wyjście do ogrodu z filiżanką kawy jest dla mnie szczytem luksusu.. Z dużego miasta przeprowadziłam się na szlak górski. Wraz z mężem remontowaliśmy starą chałupę sudecką, gdzie przeżyłam najszczęśliwszy okres życia... Pożar domu , toksyczne mieszkanie socjalne - to była gehenna. W wieku 60 lat zabraliśmy się za budowę domu. Wybraliśmy projekt Muratora "Cichy" jeleniogórskich architektów" Mały, akurat dla dwóch osób ..i czasem gości i przede wszystkim tani. Byliśmy na emeryturze/rencie, mieliśmy trochę gotówki, resztę planowaliśmy zrobić sami systemem gospodarczym. Nic łatwo nie przychodzi w życiu. Razem zdołaliśmy postawić dom w stanie surowym. Dwa lata temu mąż zmarł zostawiając mnie zupełnie nieprzygotowaną na samotne borykanie się z budową. Wypowiedzenie mieszkania socjalnego (zbyt wysoka emerytura -ha,haha) przyspieszyła przeprowadzkę do nowego domu. Zrobiłam tylko parter -łazienka,pomieszczenie gospodarcze,salon i aneks kuchenny - dla mnie samej wystarczająco duży (45m2), góra mi służy za garderobę i składzik. Jestem na swoim, mam "wybieg",urzadzam ogród i mam gdzie wyjść z filiżanką kawy bez potrzeby mozolnego pokonywania stromizny schodów... I nauczyłam się cieszyć z każdej wykonanej drobnostki zrobionej w domu.Najważniejsze w tym wszystkim jest to że nie poddałam się, walczylam i osiągałam te drobne sukcesy...wszak z emerytury trudno wybudować i wykończyć dom...W przyszłym roku kończę spłacać kredyt...będzie lżej. Przychodzą ludzie pytając się czy nie sprzedałabym tego domu, a ja ciągle pamiętam słowa syna "mamo, zawsze możesz wrócić do swojego domu w mieście...z wczasów" Tak właśnie to traktuję. Jestem na wczasach, świeże powietrze ,ruch...i cel w życiu. To jest moja definicja szczęścia. Serdecznie pozdrawiam - halszka