Dzis spotkalo mnie takie pchniecie,ze nie moge sobie znalezc miejsca.Wstyd mi przed sama soba,ze dalam sie tak robic przez 5 lat.Wstyd mi przed Wami,kochani,wiec mam inny nick.Dzis moj nie-maz stwierdzil,ze najlepiej bedzie jak z naszego wspolnego zycia zrezygnujemy i zamieszkamy osobno.Nie przemyslal tylko jednego,ze ja nie mam gdzie ,ani do czego wracac.A moje problemy finansowe,ktore byly do tej pory wspolne,sa juz tylko moje.Dalam sie wrobic jak male dziecko.Mial smialosc i zapytal mnie na koniec rozmowy,czy bedziemy mogli sie spotykac na weekendy,bo on sam tu nie chce mieszkac w wolne dni.A argumentem na rozstanie bylo to,ze kocha mnie na "swoj pokrecony sposób",ze chce byc ze mna na starosc,ale teraz on musi zarabiac pieniadze i zbierac na czarna godzine.Szczerze mowiac,nie zrozumialam tego i chyba nikt przyz zdrowych myslach tego nie pojmie.Pasozytem nigdy w tym zwiazku nie bylam.Facet 50 lat,a dorabia do czegos historie? Nie potrafie teraz racjonalnie myslec,ale musialam to komus powiedziec,padlo na Was,kochani,przepraszam ze wylewam z siebie takie zale.Nie wiem co robic,jak zyc,gdzie isc,bo honor mi tu nie pozwoli zostac.Jak sie z tym uporac?Zawsze wiedzialam,ze cos jest nie tak,ale chyba nie chcialam tego analizowac.