Miesięcznik Murator ONLINE

Skocz do zawartości

wykrot

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    1 043
  • Rejestracja

Zawartość dodana przez wykrot

  1. Zabezpieczeniem nadprądowym nie wyłączasz całego obwodu, a najczęściej jedynie przewód fazowy. Neutralny N i ochronny PE nie są odłączane. Więc obwód nie ma napięcia, ale inne obwody również chronione tym samym RCD je mają.
  2. Niekoniecznie. Ważniejsza jest wartość prądu i długotrwała dopuszczalna obciążalność przewodów.
  3. A kto Ci powiedział, że masz problem?
  4. Baśka nie zjawiła się z kolacją. Przywiozło ją dwóch, chyba nowych, bo nieznanych mi kelnerów. W ich obecności nie rozmawialiśmy na poważne tematy, bo nie umieli ukryć, że strzygą oczami na wszystkie strony. Jeszcze tutaj nie byli, czy co? Albo mój widok ich tak dziwił. Na koniec zapytali tylko, czy mamy jeszcze jakieś życzenia i zapowiedzieli późniejsze przybycie Baśki we własnej osobie. Kiedy zostaliśmy sami, Anna narzuciła temat rozmowy. - Słuchajcie, jedzcie sobie spokojnie, a ja w międzyczasie nakreślę sytuację, która dzisiaj się wytworzyła. I powiem wam prawdę… - Powiedz dlaczego mnie szukałaś – przerwała jej Lidka. - Właśnie dlatego – Anna odpowiedziała z grymasem na twarzy. – Jedz i nie przerywaj. Po południu, kiedy byłam jeszcze na spotkaniu w strefie, otrzymałam informację o śmierci profesora. Ministra Jachimiaka. Miał zawał i to w domu. - A mnie przestrzegał, że muszę zwolnić w pracy, bo mnie to spotka… – westchnąłem. - Widzisz więc, jak to nasze życie się plącze i plecie – westchnęła Anna. – Był w domu dlatego, bo źle się czuł. Dzwonił do mnie rano, że go nie będzie w resorcie, ale do lekarza nie pojechał, chociaż mu zaleciłam. No i nikogo więcej w domu nie było. Jak go schwyciło, to pewnie nie dał rady zadzwonić. - A kto go znalazł? – zaciekawiła się Lidka. - Pani, która u niego sprzątała. Miała swoje klucze, otworzyła i narobiła alarmu, ale było już za późno. Dlatego szukałam ciebie – spojrzała na Lidkę – żeby skonsultować sytuację, jaka się wytworzyła. No i szukałam informacji o stanie Tomka, bo on chyba telefon wyrzucił. Prawda? - Tylko wyłączyłem – odparłem bez skruchy w głosie. - No właśnie. Wyłączyłeś i już. A reszta twoich domowników w ogóle nie chce na żadne telefony odpowiadać. - Dziwisz im się? – wtrąciła Lidka. - Raczej nie. Ale dobrze, było i minęło. Tomek wrócił do grona żywych, a to nam bardzo ułatwia sytuację. W końcu wciąż jesteś sekretarzem stanu w resorcie rozwoju… - Nic z tego! – przerwałem jeść i odłożyłem sztućce. – Aniu, mówiłem ci kiedyś, że do pracy już nie wrócę. I nic się nie zmieniło, chociaż mój stan jest znacznie lepszy. - Nie opowiadaj! – skrzywiła się. – Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale wciąż jesteś osobą dość popularną w narodzie. Ludzie o tobie nie zapomnieli! A poza tym, czeka nas rządowy pogrzeb w twoim resorcie. Nie lekceważ tego. - Na pogrzeb pójdę, przecież Jachimiak stał się moim najbliższym współpracownikiem… - No właśnie. Najpierw zrobiłeś go swoim pierwszym zastępcą, a potem on takim zastępcą in spe uczynił ciebie. I czekał na twój powrót do zdrowia. - Ja nie wrócę do resortu… – powtórzyłem. - Dlaczego? – zapytała Lidka. - Nie mogę… - Dlaczego? – powtórzyła Anna. – Chcesz zostać pełnym ministrem? - Coś ty… – zacisnąłem usta. – Nie wrócę do rządu i już! Nie mogę! I proszę, nie mówmy już o tym. Lepiej opowiedzcie mi jak wygląda sytuacja po wyborach. Na chwilę zapadła cisza. Obydwie jakoś nie rwały się do opowiadania. - Lidka powiedz mu coś… - Później. Opowiadaj o ustaleniach. - Dobrze. Od czego zacząć? - Od wyborów – zaproponowałem. - Wygraliśmy je, ale rządu bez koalicji nie stworzymy. Mamy zbyt mało szabel. Koalicja będzie ta sama, ale nie taka sama, bo umowę podpisaliśmy na trochę innych warunkach. Na szczęście, my z Lidką nie miałyśmy najmniejszych problemów z ponownym dostaniem się do parlamentu. Także jako partia, zachowaliśmy stan posiadania w okręgu. Dlatego pozycję mamy umocnioną. A w ogóle, nowy rząd będzie nieco inaczej zorganizowany… - No pochwal się, że zostałaś wiceprzewodniczącą w partii – wtrąciła Lidka. - Tak. Zostałam. To ważne, bo w związku z tym, w rządzie otrzymałam kuratelę nad całym sektorem ekonomiczno – gospodarczym. To stwierdzenie trochę mnie zainteresowało. - Na czym to polega? - Teraz ja rozdaję w nim karty. Wiktor, znaczy szef, będzie pełnił nadzór właściwie tylko formalny. Natomiast decyzje, w tym kadrowe, będą po mojej stronie. - To dlatego masz teraz ochronę? Anna pokiwała głową. - I dlatego, i nie dlatego. Są jeszcze inne przyczyny, ale o nich później. Na razie skończę z podstawami. Oczywiście, osobowy skład rządu nie jest tylko moim pomysłem, ale miałam poważny wpływ na jego skład. Bo przynajmniej mogłam stawiać weto na poszczególnych kandydatów. Dlatego na przykład zablokowałam ponowne objęcie fotela szefa dyplomacji przez Czaplickiego. - Chwała ci za to! – zawołałem, a ona uśmiechnęła się. - Jest jeszcze jedna nominacja, z której pewnie się ucieszysz. - Jaka? - Jurek Domagała obejmuje resort spraw wewnętrznych i nadzór nad służbami. Wiktor sprawnie przeforsował pozbycie się z rządu dawnych, jawnych oponentów, pod pretekstem ich kiepskich wyników wyborczych. Może wreszcie przestaniemy się rozdrabniać na gierki i podchody pomiędzy frakcjami. Prezydium rządu z naszej strony jest jednolite. A jak się ustawi koalicjant, to zobaczymy. - To znaczy, skład rządu jest już ustalony? - Szkielet tak. Ale reszta nie do końca. - To co wam pozostało? - A chociażby rozwój! – wlepiła we mnie spojrzenie. – Planowałam Jachimiaka, bo ty byłeś wciąż chory. No i widzisz jak wyszło. Nie ma jego, ty nie chcesz, no i mam kłopot. Dlatego chciałam pogadać z Lidką. Może coś wymyśli? - A czemu nie chcesz Lidki? – zapytałem otwarcie. - Ja nie chcę? – usłyszałem w odpowiedzi. - Ja mam Limana – twardo odrzekła Lidka. – Z sejmowych pieniędzy przyszłości dzieciom nie zapewnię. - Ale to są rządowe, nie sejmowe – zauważyłem. - Poprowadzisz Limana za mnie? – zapytała lekko podniesionym głosem. - Nie. Powiedziałem ci, że mam zamiar zająć się dziećmi. - Ty chcesz być teraz niańką? – Anna aż odwróciła się w moja stronę. - A co, nie mogę? – odpowiedziałem hardo. – Dzieci nam przybyło, bo mieliśmy po dwoje, a teraz będziemy mieć czwórkę. No i Lidka obiecuje, że od jutra piąte będzie dojrzewało. - To tak od pierwszego razu się postarałeś? - Nie wiem, ale tak obiecuje. - Cholera, głowę zawracacie, a ja jeszcze tylko dzisiaj mogę się napić szampana! – Lidka przypomniała sobie wcześniejsze postanowienie. – Nawet nie ma kto kieliszków napełnić. Niespodziewanie rozległ się sygnał Anny telefonu. Wzięła go w dłonie, spojrzała na ekran, a potem przeniosła spojrzenie na nas. - Szef! – rzuciła krótko i dotknąwszy ikonę, podniosła aparat do ucha.
  5. Obydwoje założyliśmy milcząco, że to jest Anna. A ponieważ widoczność przez szyby była obustronnie zakryta, nie protestowałem, gdy Lidka bez namysłu otwierała drzwi. Ja się nie ruszałem, gdyż moja obecność miała być dla niej niespodzianką. Jednak zamiast Anny, w drzwiach pojawiła się sylwetka okazałego mężczyzny. - Dobry wieczór, pani posłanko! – pozdrowił ją i okazał jakiś dokument, od razu go chowając do kieszonki. – Kapitan Wojciech Janczar, Biuro Ochrony Rządu. Przepraszam za najście, ale to mój obowiązek. Czy mogę wejść? - Proszę! – gestem dłoni wskazała mu wnętrze salonu. Mężczyzna postąpił kilka kroków, po czym się zatrzymał, obrzucając mnie wzrokiem. - Pan… – zawahał się odrobinę. – Pan minister Barycki, tak? Siedziałem w fotelu, odziany wyłącznie w szlafrok, z gołymi nogami wyciągniętymi przed siebie, to i musiałem głupio wyglądać. Stąd się chyba brała jego niepewność. - Nie wiem, czy jeszcze minister, ale prawdopodobnie to ja – odburknąłem. – A co za wiatry pana tutaj przygnały? Uśmiechnął się lekko. – Służba, panie ministrze! Miło pana widzieć! - Dziękuję! Kogo pan dzisiaj ochrania, panią Annę? - Tak jest! I nie tylko dzisiaj. Pani premier Lechowicz została objęta ochroną stałą. - O! Nie wiedziałem tego. - Bywa i tak – westchnął jakoś, po czym zmienił temat. – Rozumiem, że państwo są sami? Nikogo więcej nie ma w domu? - Nie ma – wtrąciła Lidka. – Sprawdzaliśmy to jakąś godzinę temu. Może nawet dwie godziny. - W porządku. Czyli dłużej nie przeszkadzam. Do widzenia państwu i dobrej nocy życzę! - Wzajemnie! – odpowiedzieliśmy. Kiedy wychodził, zrobił pewnie jakiś znak, bo dopiero wtedy z samochodu stojącego przed tarasem wysiadł drugi mężczyzna i otworzył Annie drzwi, pozwalając jej wysiąść. Po chwili Lidka witała ją w drzwiach. Anna ujrzała mnie dopiero wtedy, gdy wstawałem, by się z nią przywitać. Najpierw przystanęła na sekundę, sprawiając wrażenie zaskoczonej, a potem podeszła, zanim jeszcze ja się ruszyłem. - Bardzo się cieszę, że cię widzę! Dobry wieczór! – uśmiechnęła się, wyciągając dłoń do powitania. – Jak się masz? Jak drogocenne zdrowie? - Witaj, Aniu! – odpowiedziałem pewnym głosem, również się uśmiechając. – Coś dawno cię nie widziałem! A zdrowie… dziękuję, na razie znacznie lepiej. - To „na razie” wyrzuć ze słownika! – zażądała, grożąc mi palcem. - Przepraszam cię za ten mało wizytowy strój, ale jakoś… nie zdążyłem się przebrać – kontynuowałem, pomijając milczeniem jej słowa. - Chorzy mają prawo do szlafroków nawet w salonie – rozgrzeszyła mnie od razu. – Ale… – demonstracyjnie spojrzała na Lidkę. – Czyżby pana Rafała jednak tutaj nie było? - Sama go wymyśliłaś, to i sama go szukaj! – odburknęła Lidka, gestem wskazując jej fotel. – Siadaj, proszę! I przestawaj się czemukolwiek dziwić, bo ja tak samo jestem bardzo zdziwiona tym, co się dzisiaj dzieje. Napijesz się kawy? - Od ciebie zawsze. Poproszę! Lidka ruszyła do kuchni a my usiedliśmy w fotelach. - Przyznam się bez bicia, że mnie dzisiaj zaskoczyłeś – zagaiła bezpośrednią rozmowę. - Nie spodziewałaś się mojego widoku? - Absolutnie! Ale bardzo się cieszę, że jesteś. I wyglądasz całkiem fajnie. Naprawdę! - Dziękuję. Tylko daj już spokój, bo się zacznę rumienić. Prawisz mi komplementy niczym panience… - No nie! – zaśmiała się. – Na panienkę zdecydowanie nie wyglądasz. Powiem nawet więcej. Naocznie chyba widzę, że jesteś osobnikiem rodzaju męskiego – spojrzeniem wskazała dół mojego brzucha. Pewnie poły szlafroka mi się rozchyliły. - Tak jakbyś tego nie wiedziała – spokojnie wtrąciła Lidka, stawiając na stoliku tacę z kawowymi dodatkami. – Ale co prawda, to prawda – spojrzała na mnie. – Majtki mogliśmy jednak założyć. - Nawet nie pomyślałem o tym… Poczułem się jednak głupio. Annę, co prawda, w myślach traktowałem mało oficjalnie, a bardziej rodzinnie, ale jednak. Była oficjalną personą, no i kobietą. Z którą wprawdzie kiedyś sypiałem, ale to było kiedyś. - Mam wrażenie… że dzisiaj dowiem się od was czegoś nowego, prawda li to? – zapytała tonem, czekającym jedynie na potwierdzenie swoich domysłów. Zanim jednak wymyśliłem słowa odpowiedzi, Lidka bezceremonialnie mnie wyręczyła. - Przecież chyba widzisz! – odpowiedziała z kuchni. – Obydwoje chodzimy bez bielizny. A swoją drogą… – zawiesiła głos na chwilę, zbliżając się z kolejną tacką, tym razem z filiżankami. Kiedy je ustawiała, mogła już kontynuować. – A swoją drogą, muszę ci dzisiaj podziękować… - Za co? Odpowiedziała dopiero wtedy, kiedy wszystko już ustawiła i wyprostowała się. - Tomek kiedyś przyznał, że dopiero ty nauczyłaś go prawdziwego seksu. Nie wiedziałam co to oznacza, bo dopiero dzisiaj, pierwszy raz w życiu, poszłam z nim do łóżka. I dopiero dzisiaj zrozumiałam, że byłaś dobrą nauczycielką! - No wiesz co… – bąknąłem tylko, zaskoczony zupełnie. Anna wlepiła we mnie spojrzenie. - Wiedziałam, że kiedyś opowiadałeś o mnie swojej zmarłej żonie, bo sama mi to mówiła. Ale że jeszcze… Wzruszyłem ramionami. Jej oburzenie było udawane. Doskonale wiedziała, że Lidka bardzo dobrze zna nasze dawne relacje. - Lidka też będzie moją żoną! – odpowiedziałem zdecydowanie. – Dlatego nie mogę mieć przed nią tajemnic. Anna kolejny raz tego wieczoru wahadłowo uruchomiła głowę, na przemian obrzucając nas spojrzeniem. Chyba sprawdzała, czy Lidka nie zaprzeczy. - Naprawdę? Czyli tylko pogratulować! Bardzo fajnie! - A my dziękujemy! – Lidka odpowiedziała za nas obydwoje i nieoczekiwanie podniosła się z fotela. – Anula, wybacz nam, jednak pójdziemy się przebrać. To zejdzie minutkę! Przepraszam, że tak wyszło… - Jak chcesz – Anna wzruszyła ramionami. – Może jednak dopijemy kawę? W waszym towarzystwie czuję się bardzo swobodnie, więc i wasz ubiór mi nie przeszkadza. A usłyszeć, że planujecie związek… Przecież to świetna wiadomość! Wreszcie dzisiaj coś przyjemnego. A Tomka przetrawiłam już dawno i darowałam mu winy, mogę więc bardzo szczerze obojgu wam życzyć szczęścia! - Dziękuję, szefowo! – schwyciłem jej dłoń i podniosłem do ust. – Wiedziałem, że można na ciebie liczyć! - Bardzo mi miło, że mnie tak nazywasz – uśmiechała się, zadowolona. – Bo to oznacza, że wracasz do rzeczywistości. A ona skrzeczy… - No właśnie – Lidka zmieniła temat. – Co się stało z ministrem Jachimiakiem? - Nie teraz! – Anna zaprotestowała. – Spokojnie! Jemu życia nic już nie wróci, dlatego wypijmy kawę i rozmawiajmy o was. A potem się przebierzecie i dopiero wtedy zaczniemy poważne rozmowy. - Tylko, że mamy mieć kolację… - Tym bardziej musimy się wcześniej przebrać – zdecydowała Lidka.
  6. - Słucham! – rozległ się jej pewny i zdecydowany głos. Zrozumiałem, że Lidka zapewne dla mnie nacisnęła wersję głośnomówiącą. - Priviet’, dziewoja! – w odpowiedzi zaszczebiotała wesoło Lidka. – Masz tam jeszcze coś do jedzenia? Czy wszystko wtłoczyłaś głodomorom? - Wszelki duch!... Lidka! Jesteś! A wszyscy cię szukają! - Jacy wszyscy? Zlot komorników? Jeśli tak, to ja nie dzwoniłam. - Nie dworuj sobie ze mnie! – Barbara lekko się obruszyła. – Ludzie z Warszawy. Byli w Czyżynach, pytali nawet twoich rodziców… Gdzie ty jesteś? No i jeszcze pani wicepremier o ciebie pytała. - Anka? – Lidka niespodziewanie wyglądała na oszołomioną. – Skąd ona tutaj? Była może w strefie? I jeszcze nie pojechała do domu? Wydęła wargi, usilnie analizując potok słów Barbary. A ta nie próżnowała. - Ta sama, co bywała u nas. I w domu sypiała. Lidka! Mówią mi tutaj, że w domu znowu pali się światło. Gdzie ty jesteś? - No to co, że się pali? Światła po to zainstalowano, żeby coś oświetlały. Po to one są. Więc się uspokój. - Ale ludzie się boją! Ty, poczekaj… Rozmowa umilkła na kilkanaście sekund. Po czym Baśka znowu przemówiła. - Lidka, jesteś tam? - Jestem. - Ta delegacja z panią wicepremier, jest jeszcze u nas, na sali. Ona nie może się do ciebie dodzwonić. Dać jej sygnał, że się znalazłaś? - Poczekaj. Mówisz, że to naprawdę coś ważnego? - Tak sądzę. Była naprawdę podekscytowana i wyglądała na zmartwioną. - A czym się zmartwiła, nie wiesz? - Nie. Ale coś… poczekaj… - Ona była dzisiaj w strefie… - Chwila, mówię! – Baśka chyba zniecierpliwiła się, że Lidka jej przerywa. Telefon znowu umilkł. Tym razem na dłużej niż kilkanaście sekund. - Ona zaraz tu podejdzie – usłyszeliśmy głos Barbary. – Ale wróćmy do korzeni. Pytałaś o jedzenie. Co to ma być? - Kolacja z najlepszych rzeczy jakie masz. I najlepszy szampan. - O kur…cza chata! – Baśce wyraźnie poprawił się humor. – Na ile osób? Ile czasu mi dajesz? – zapytała bez namysłu - Osoby są na razie dwie. A ile ich będzie za dziesięć minut… tego nie wiem. Sytuacja robi się dynamiczna, więc plany będą się zmieniały. - No dobrze. Za pół godziny będą gotowa. - Baśka, ale to ma być z dostawą i z obsługą. Zresztą, możesz sama z nią przyjechać. To jest kolacja po-zaręczynowa! - O, cholera!... - Tak, kochana! Jestem po słowie z narzeczonym, a on mi zgłodniał, maleńki. Muszę go więc nakarmić. No i musimy napić się szampana, bo dzisiaj jest ostatni dzień swobody. Od jutra będę w ciąży, więc i pić nie będę mogła. - Jasny gwint!... Ty… Nie drwisz sobie teraz ze mnie? - Baśka… Nie! Naprawdę! – Lidka zmieniła ton na poważny. – Zupełnie serio potrzebuję wykwintną kolację i szampana. A na ile osób… Pewnie kilka. Przygotuj się na niespodzianki. - O kurna… A gdzie mam to w końcu dowieźć? - Do domu. - Co??? Ty chyba szaleju się najadłaś! - Przecież mówię wyraźnie – Lidka miała bardzo pewny i spokojny głos. – I żebyś nie była zaskoczona, to ja tu jestem i ja świecę światło. Znaczy, my świecimy! – dodała po spojrzeniu na mnie. – Obydwoje. - Ty, a kto jest tym twoim narzeczonym? Zdradzisz mi? - Przyjedziesz to zobaczysz. Na razie niczego więcej się nie dowiesz. - Cholera… O, jest już pani premier. Oddaję słuchawkę. - Halo? – usłyszeliśmy głos Anny. - Jestem! - odezwała się Lidka. – Witaj w naszych skromnych progach! - Cześć! Gdzie ty jesteś? Musimy bardzo pilnie się spotkać. Mamy problem. - Co się stało? - Mamy wakat w resorcie rozwoju. Profesor Jachimiak miał zawał. Nie żyje. - O kurwa… – wyrwało mi się na głos. Anna usłyszała inny głos, gdyż Lidka milczała. - Sama jesteś? Obrzuciła mnie spojrzeniem, ale pokręciłem głową przecząco. - Nie… - Ale możemy rozmawiać swobodnie? - Pewnie, że tak. Anka, wiesz co? Jadłaś już kolację? - Nie, chyba zostawię… Odechciało mi się jeść, kiedy otrzymałam wiadomość. - To z kim tam jeszcze jesteś? Możesz się uwolnić? - Oczywiście, że mogę. A jestem z pewnym dziennikarzem i jego znajomymi… - Więc podjedź do nas. - Do was, czyli gdzie? - Do domu nad jeziorem. - Tam gdzie straszy? - Nigdzie nie straszy, ale tak. Tutaj. - A mogę wiedzieć z kim jesteś? - Zobaczysz. - Mam zadzwonić do pana Rafała? - Możesz nie dzwonić. Podjedź! - Dobrze. Zaraz będę. - Kim jest Rafał? – zapytałem, kiedy zakończyła rozmowę. - Senatorem. Tym, o którym ci wspomniałam. - To Anka już wie? - A jakże! On się zupełnie z tym nie krył, że spotkanie ze mną było jego marzeniem. Że od początku tamtej kadencji śledził moje parlamentarne losy. Zobaczył mnie w telewizyjnej migawce, z tego mojego pożegnania w Czyżynach. Pamiętasz tę hecę jaką mi zrobili? - No pewnie! – uśmiechnąłem się. – Ja też byłem wtedy zaskoczony… - A jego tak to zainteresowało, że kilka razy był nawet tutaj, w Limanie. Ale tylko raz mnie widział. Nie podszedł wtedy, bo mi tłumaczył, że po prostu się krępował. Nie chciał też zrazić mnie natarczywością, bo byłam mężatką. Ale kiedy zostałam wdową, mocno zaangażował się w kampanię wyborczą. Z nadzieją, że go wybiorą i mną spotka. Co zresztą się stało. - I tak od razu planowałaś z nim życie? - Jakie życie? – spojrzała na mnie sprawdzając, czy czasem z niej nie żartuję. – Miły pan, sympatyczny, a poza tym inteligentny i wolny. A ja też potrzebowałam już odskoczni od tego codziennego kieratu. I byłam wściekła na ciebie, że zupełnie zapomniałeś o firmie. - Nie zapomniałem, ale… Nie powiedziałem jej, dlaczego nie miałem serca do Limana, gdyż rozległ się dzwonek przy drzwiach od tarasu.
  7. Znaliśmy się tak długo, że żadne podchody czy drażnienie partnera, nie wchodziło w grę. Skoro podjęliśmy wspólną decyzję aby być razem, to i nasze zachowanie względem siebie, nie przypominało teraz dawnych pojedynków słownych, które toczyliśmy z upodobaniem. A może obydwoje byliśmy już zbyt spragnieni drugiego człowieka? Może sprawiły to te miesiące samotności, że teraz bardzo staraliśmy się odgadywać życzenia partnera? I oddać mu wszystko co chce? Bardzo prawdopodobne. W dodatku grzeszyliśmy niecierpliwością. Nasz pierwszy raz, ten dzisiejszy, na leśnej ambonie, przypieczętował decyzję o stworzeniu związku. Ale dopiero ten drugi, wyznaczał i stanowił jakby podwalinę naszego związku. Sygnalizował drogę, po której pójdziemy. Pozwalał na wiarę, że stworzymy zgodną rodzinę. Już w łazience zaczęliśmy pieszczoty, zanim jeszcze Lidka zaaplikowała perfumy. Te, które dostała od Heleny. A kiedy poczułem ich aromat… Tak! To był zapach perfum Dorotki! Który kojarzył mi się jednoznacznie. Ciało zaczęło mi drżeć z pożądania, kiedy ją obejmowałem i całowałem. Już wiedziałem, że teza o zaniku mojego wzwodu jest zwyczajnie błędna i na pewno nie będę miał z tym problemów. A że Lidka nie narzuciła mi swojego stylu zachowania, lecz pozwoliła bym na początku ja kierował sytuacją, to i poczułem się bosko. Była przecież sprawna fizycznie niemal jak Dorotka, więc i nic nie stało na przeszkodzie, byśmy oddali się zaspokajaniu swoich fantazji. Przecież repertuar pieszczot, które wspólnie wypracowałem z Dorotką, miałem bardzo bogaty! No to zacząłem go sobie przypominać, przy okazji zapoznając z nim Lidkę. I nie mogę powiedzieć, żeby protestowała. Długo to wszystko trwało, gdyż jeszcze nie poznaliśmy reakcji naszych ciał na wszelkie bodźce. Odkrywaliśmy je dopiero. No i część uwagi musieliśmy poświęcić na wsłuchiwanie się również we własne reakcje. Ale kiedy fala uniesień u obojgu nas już opadła, leżałem dumny i szczęśliwy. Bo sam nie miałem problemów, ale wiedziałem też, że i jej to się podobało. Nie chcąc nadmiernie rozgrzewać ciała, objąłem tylko jej rękę i ciasno wtuliłem nos we włosy, całując przy okazji szyję. Chciałem w ten sposób podziękować jej za te upojne chwile, ale nie chciało mi się nic mówić. Wolałem jeszcze powdychać perfum. Nie trwało to długo. Nieoczekiwanie odwróciła się na bok, twarzą przy mojej i wyłożyła nogę mi na biodro. - Jak się czujesz? – zapytała spokojnie, patrząc mi w oczy. - Fizycznie czuję wysiłek – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – A psychicznie jestem szczęśliwy! I cieszę się, że to ty ze mną jesteś. Ale powiedz, jak ty? Uśmiechnęła się leciutko. - Dobrze mi było… Nie, źle mówię. Dobrze było i dobrze jest nadal! – objęła mnie ręką. Przez kilka minut leżeliśmy blisko siebie, delikatnie dotykając swoich ciał i rozmawiając leniwie, ale żadnych ważnych tematów nie poruszaliśmy. Już wiedzieliśmy, że na pewno chcemy być razem. To łóżko dało nam potwierdzenie. Dlatego nie było się gdzie spieszyć. Ze wszystkim zdążymy. - Wiesz co? – zapytałem. – Nie jesteś przypadkiem głodna? - Jestem – odparła bez wahania. – Ale nie chce mi się wstawać. Znowu przysunęła się, obejmując mnie rękami i nogami. - Przez ponad rok nie leżałam w łóżku z mężczyzną i mam ot tak z tego zrezygnować? Nie doczekasz się! - Ale ten mężczyzna, z głodu traci siły – protestowałem. – Gdyby tak coś zjadł, to może później ponowił by taki seansik, jaki odbył się przed chwilą? Co o tym myślisz? Podniosła się i usiadła na łóżku, niemal w pozycji lotosu. - Pomysł nie jest głupi, bo ja mam ochotę na szampana, a wtedy będzie ci ze mną jeszcze łatwiej. Ale poczekaj chwilę. Porozmawiajmy o sprawach zasadniczych. Możemy? - Jak najbardziej. Tylko… kawy nawet nie ma… - Za chwilę zrobię ci sama. A teraz powiedz mi, jak sobie wyobrażasz nasze życie? W sensie zwyczajnym. Jakiś przebłysk wyobraźni miałeś już? - W jakim sensie zwyczajnym? - Tak ogólnie, sprawy podstawowe. Gdzie będziemy mieszkać? - U mnie. Teściowie wrócą do domu. Chociaż jeśli chcą Warszawę, to mieszkanie im kupię. Jednak z nami mieszkać nie będą. - A będziesz w stanie wrócić do pracy? - Odpada! – zdecydowanie zamachałem rękami. – Do żadnej pracy już nie pójdę. - To czym się będziesz zajmował? - Dziećmi – oznajmiłem z powagą. – Będę opiekował się dziećmi. Swoimi, twoimi, a może w końcu i naszymi. - No właśnie, co zrobimy z dziećmi? Moje chodzą do normalnych placówek. - Nie wiem jeszcze, ale twoje spróbowałbym zapisać do szkoły amerykańskiej. Musimy tak zrobić. - Ale ja znowu jestem posłanką – mruknęła. – Więc nie wiem, czy wypada. - Odpuść, nie teraz. Jutro się zastanowimy. - Dobrze. Ale jest temat, który muszę poruszyć teraz. Tomek, możemy razem mieszkać, możemy ze sobą sypiać, ale na razie nie możemy mówić o jakimś związku formalnym. Czyli o ślubie. - Dlaczego? - Okres żałoby jeszcze się nie zakończył. Zrozum, na tym terenie mogłabym bardzo dużo stracić u wyborców, gdybym tę tradycję łamała. Nawet gdyby był to ślub z tobą. Tobie by wybaczyli, facetom zawsze wolno więcej. Ale na mnie by sarkali. Szczególnie kobiety. - Ale bez ślubu możesz? - No wiesz… Każdy orze jak może. Oni rozumieją, że czasami trzeba. Ale nie może to być jawnym łamaniem zasad. Tego by nie ścierpieli. Formalny akt małżeństwa w okresie żałoby uznaliby za podeptanie tradycji ojców. - Niech będzie tak, jak chcesz. Dla mnie i tak jesteś już żoną i będziesz nią w przyszłości. Powiedziałem! Howgh! - Więc chodź do kuchni, mój Indianinie. Zrobię ci kawę. I zadzwonimy do Baśki, żeby podesłała kolację. Taką z szampanem. Bo dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy mogę się coś napić. - Dlaczego ostatni? – zapytałem ze zdziwieniem, rozglądając się za szlafrokami. Przecież należało się w coś odziać. - Od jutra będę w ciąży! – śmiała się na głos. – Musisz taki wariant brać pod uwagę. - Dlaczego dopiero od jutra? – dociekałem, nie załapawszy dowcipu. - Taka jest biologia kobiet – wyjaśniła krótko, a wtedy doszło do mnie co miała na myśli. - Jasne. Gapa ze mnie – przyznałem, podając jej szlafroczek. Nie bez powodu wspomniała o dzwonieniu do Baśki z kuchni domowej. Bo tam był aparat, połączony z hotelową siecią wewnętrzną. I przez hotelową centralkę, dawał szybkie i pewne połączenie z Barbarą. Co z sieci ogólnie dostępnej, było raczej niemożliwe. Baśka nie lubiła w kuchni aparatu komórkowego, gdyż przeszkadzał jej w pracy, a i mógł wpaść do jakiegoś garnka. Dlatego stosowano telefony stacjonarne, do których trzeba było podejść. A w miejscach przyrządzania posiłków, znajdował się jedynie dodatkowy głośnik, z sygnałem dzwonienia. Poza tym, bezpośredni numer nie był ogólnie znany, nawet w samym hotelu. Szefostwo dbało, by nikt jej głupstwami nie rozpraszał. Baśka sama uzgodniła tak z Lidką. Ale dzisiaj słuchawkę podniosła niemal od razu, jakby przy aparacie dyżurowała.
  8. Wszystko poszło sprawnie i bez problemów. System bezpieczeństwa został przestawiony na pobyt domowników, drzwi otwarte, światło w salonie załączone… Pierwsze wrażenie odebrałem bardzo przyjemnie. Wewnątrz było ciepło i jakoś tak przytulnie. Tak zwyczajnie. Zupełne przeciwieństwo atmosfery panującej na zewnątrz. Fotele stały w miejscach gdzie zawsze, w kuchni na ścianie dyskretnie świeciły cyfry dużego, cyfrowego zegara… Tylko Heleny tam brakowało. Nie to jednak mnie intrygowało. Nie wyczułem żadnych problemów z powietrzem. Oddychałem zupełnie normalnie. Powietrze było rześkie i nie przynosiło żadnych obcych zapachów. - W panelu kontrolnym kuchni jest rejestrator czujnika czadu i czegoś tam jeszcze, nawet nie pamiętam czego. Sprawdzaliście go? – zwróciłem się do Lidki. - Oczywiście – odpowiedziała cicho. – Wezwałam serwisantów automatyki i zażądałam nawet wydruków z monitoringu wszystkich parametrów i zdarzeń, za cały poprzedni tydzień. Żadnych anomalii nie stwierdzono. Wszystko było stałe i poprawne od czasu pobytu Heleny z jej ekipą. Bo wtedy, jak wiesz, część systemu jest przestawiana na pobyt i nie wszystkie parametry są zbierane. - Teraz nie czuję niczego niezwykłego. A ty? - Też nie – kilkakrotnie pociągnęła nosem. – Więc co robimy? - Idziemy dalej! – uśmiechnąłem się. – Muszę pokazać ci twoje nowe królestwo, skoro od dzisiaj jesteś panią tego domu. Lidka roześmiała się ironicznie. - Ciekawe, które z nas wygrałoby konkurs na znajomość jego zakamarków. Czy ty, w końcu gospodarz, czy też ja. Ale dobrze. Chodźmy, pozaglądamy w te miejsca. Nigdzie nie stwierdziliśmy niczego niezwykłego. Może tylko to, że w ulubionym pokoju Anny, nie było jej kosmetyków. Bo z czasem zaczęła je zostawiać. Wiedziała, że staramy się nikogo innego w nim nie kwaterować, dlatego czuła się tam swobodnie. Teraz jednak wszystko zniknęło. Pewnie dziewczyny Heleny wszystko powyrzucały. W końcu doszliśmy do części wydzielonej. I dopiero tutaj, przed drzwiami, moje tętno wyraźnie wzrosło. Za nimi rozciągał się obszar mojego dawnego życia z Dorotką. Nasza sypialnia, gabinety pracy… Jaki widok zastanę po wejściu? Zawahałem się przy wybieraniu kodu odstawienia alarmu i otwarcia zamków. Lidka to zauważyła, dlatego delikatnie się przytuliła. - Może zrezygnujemy? – zapytała, dodając mi otuchy gładzeniem pleców. - Dlaczego? – odpowiedziałem, nabierając powietrza głęboko w płuca. – Musiałem sobie przypomnieć jak się otwiera – tłumaczyłem, troszeczkę niezbornie, koncentrując się na wykonaniu operacji w panelu zarządzania. Bo wprawdzie niczego nadzwyczajnego w moim podnieceniu nie było, ale jednak. Ponad dziesięć miesięcy minęło. I chociaż dzisiaj, przez cały ten czas, od samych oświadczyn na ambonie, aż do tej chwili, byłem przekonany o słuszności swojego postępowania, to teraz do świadomości przedarł się sentyment. Zrozumiałem, że wciąż Dorotkę kocham … Lidkę wpuściłem przodem. Weszła bez wahania, a ja za nią. - Chodźmy najpierw do sypialni – poprosiłem. Skinęła głową twierdząco i teraz to ona poprowadziła. Rozkład pomieszczeń znała przecież tak samo jak i ja. Niejeden raz tutaj z nami bywała. Tętno jeszcze bardziej mi wzrosło, kiedy tam wchodziliśmy, dlatego zatrzymałem się tuż za drzwiami i obrzuciłem wzrokiem wnętrze. Było niemal sterylne. Sypialnia prezentowała się jak spod igły. Niczym na fotografiach promocyjnych. Ale ciepła życia w niej nie było, mimo że powietrze miało temperaturę pokojową. Lidka przystanęła wraz ze mną i przez chwilę obydwoje milczeliśmy. Wreszcie ruszyłem w stronę garderoby i ją otwarłem. A potem przeglądnąłem wieszaki i szuflady… Wszystko było na swoich miejscach. Wystarczył mi przecież rzut okiem, aby to stwierdzić. Rzeczy moje i Dorotki też. Wyglądały jak dawniej. Ale przecież musiały być chociażby wietrzone! Kto i kiedy to robił? Przejechałem palcem po obrzeżu szuflady, kurzu nie stwierdziłem. To oznaczało, że Helena nie zapomniała o niczym. Niczego Lidce nie wyjaśniając, wziąłem ją za rękę. - Chodź ze mną! – poprosiłem. Zaglądnąłem do gabinetu Dorotki. Tu też nic się nie zmieniło. Nawet laptop leżał na biurku. - Co oglądasz? – Lidka nie rozumiała tego energicznego sprawdzania. - Nic takiego. Wracajmy do sypialni, tam porozmawiamy. Usiadłem grzecznie na brzegu łóżka, ale Lidka nie chciała zająć miejsca obok, lecz przysunęła dla siebie pufa. - Muszę ciebie widzieć – wyjaśniła, z całkiem poważną miną, chwytając mnie za dłonie. – A teraz opowiadaj, co takiego wydedukowałeś? - Uporządkowane wręcz wzorcowo, prawda? - Owszem. Widać, że dziewczyny Heleny się napracowały. - A nie domyślasz się po co to wszystko? - Chyba coś kojarzę… - Właśnie. Sylwetką jesteś bardzo podobna do Dorotki. Bez trudu możesz włożyć na siebie wszystko to, co ona nosiła, prawda? - Zawsze tak było. Nawet dojrzewanie przechodziłyśmy w sposób, powiedziałabym wręcz zsynchronizowany. Nasze ciała zmieniały się w bardzo zbliżony sposób. Pokiwałem głową. - Dlatego mi się wydaje, że to wszystko zostało przygotowane dla ciebie. Helena tak wymyśliła, abyś to ty zadecydowała. Co zostawisz, a co usuniesz, czy wyrzucisz. Oczywiście, z moją pomocą. Mnie też nie chciała pozbawiać prawa zachowania pamiątek po Dorotce. A nie wiedziała co za pamiątkę uznam. Zgadzasz się ze mną? - Chyba muszę – ściskała mi dłonie. – Bo i mnie niektóre jej zachowania zastanawiały już wcześniej. Owszem, nie widywałyśmy się zbyt często, bo nie chciałam do ciebie przychodzić, a i czasu nie miałam nadmiernie. Ale Helena przy każdej takiej okazji, była dla mnie bardziej łaskawa, niż wcześniej. - Czekała… - Może tak, może nie, pewna tego nie jestem. Niby znam ją od dziecka, a tu okazuje się, że i tak ma wciąż jakieś tajemnice. Ale dobrze, później o tym porozmawiamy. Teraz chodźmy do łazienki. - Rzeczywiście, tam jeszcze nie zagadnęliśmy – podniosłem się z łóżka, od razu gotowy do wyjścia. Ale nie z Lidką takie numery. - W spodniach i swetrze idziesz pod prysznic? – zapytała z przyganą w głosie. Zrozumiałem.
  9. Nie było jej może z pięć minut. Potem ukazała się w drzwiach i pewnym krokiem podeszła, po czym wsiadła do samochodu, na tylną kanapę. - Jedźcie teraz do Pokrzywna, a ja będę twoim usprawiedliwieniem i zapewnię opiekę nad dziećmi – zwróciła się do Lidki. – Tam jest zwyczajnie. Ogrzewanie załączone, będzie wam wygodnie. I wracajcie dopiero jutro. Ja natomiast przygotuję mamę i tatę – uśmiechnęła się do nas. – A później, jeśli mnie nie wypędzicie, mogę dla was gotować w Warszawie… – to było rzucone już wyraźnie pod moim adresem. - Na pewno nie będę miał nic przeciwko – odpowiedziałem z ożywieniem. – Ale gdy pani wysiadała, nie byłem wielkim optymistą… - Sytuacja się zmieni – wzruszyła ramionami. – Będzie nowa gospodyni, pomoc wam się przyda. - Ale przecież... w Pokrzywnie straszy… – odezwała się Lidka, niepewnym głosem. - Nie opowiadaj! – Helena skrzywiła się. – Byłam tam dzisiaj i żyję. Aha, to dla ciebie! – wetknęła Lidce do ręki jakiś pakunek. - Co to jest? – ta zapytała. - Ty będziesz teraz panią losu. Użyj, zanim wyjdziesz z łazienki. Pan Tomasz bardzo lubi ten zapach, prawdę mówię? – uśmiechnęła się do mnie. - Nie chce chyba pani powiedzieć… - A właśnie chcę. No już! Miłego wypoczynku! Do jutra! Kiedy skręciliśmy z głównej drogi przez wieś, na dojazdówkę do hotelu, Lidka zatrzymała samochód. W drodze nie chciała opowiadać o strachach, miała zrobić to teraz. - Mów co ty wiesz – zażądała najpierw. - Niewiele. W zasadzie nic. Tylko tyle, że w naszym, dawnym domu straszy. Ale co i jak, tego Grzegorz nie wiedział. A tylko od niego otrzymywałem takie różne wieści. - Znaczy, ty nie byłeś w nim od dnia wypadku? - Nie. Bałem się tu przyjeżdżać. - Ja byłam. Dwa razy. I rzeczywiście, coś było nie tak. - Więc opowiadaj. - Przez kilka miesięcy w domu nic się nie działo. Nikt nie przyjeżdżał, nikogo więc nie kwaterowałam. Stał pusty i zamknięty. Aż na wiosnę zdarzyła się próba włamania. - Tak? Tego nie słyszałem. - Było takie coś. Tylko dziwna sprawa. To nie był człowiek stąd. Pewnie nie wszystko wiedział o zabezpieczeniach. Jednak jakoś sobie z nimi poradził i jedną z okiennic udało mu się otworzyć. Bez zadziałania alarmu. Bo ten zadziałał, ale z opóźnieniem. Kiedy facet leżał na podłodze pod oknem. - Dlaczego leżał? - No właśnie. I to jest clou programu. Oświadczył, że brakło mu powietrza. I stracił przytomność. - W otwartym oknie? Może ktoś tam jakiś czad wpuścił? - Poczekaj! Posłuchaj dalej. Ten alarm prawdopodobnie uratował mu życie, bo nadbiegli ludzie i go wyciągnęli. Oni też narzekali, że wewnątrz brakowało im tchu. - A był jakiś zapach? Coś śmierdziało? - Nic. I co ciekawsze, to jeszcze nie koniec. Ludzie pogadali, pomarudzili, z czasem wszystko się uspokoiło. Jednak nowy prezes banku odkrył w końcu umowy zawarte z Limanem przez Dorotę i się wkurzył, że musi mi płacić darmo. Wiec wymyślił, że w maju zorganizuje tu nasiadówkę rozrywkową z resztą nowego zarządu i głównymi specjalistami. Ja nie miałam wyjścia, miał takie prawo, więc powiadomiłam Helenę. - Po co? - Przecież tam długo nikt nie wchodził! Wszystko było zakurzone i nie wietrzone. Helena przyjechała wtedy ze swoją ekipą i wszystko ładnie wysprzątali. - A mieli czym oddychać? - No właśnie. One nie miały żadnych problemów. - Czyli ten włamywacz to przypadek? - W tym sęk, że nie. To nie był przypadek. - Skąd o tym wiadomo? - Poczekaj, nie przerywaj. W zapowiedziany dzień przyjechał Maloney wraz z tymi, których zaprosił i próbowali rozgościć się w pokojach. Ale nie dali rady. - Czemu? - Ciężko im się oddychało. - Pierniczysz! Może było coś w klimatyzacji? - Tomek! To był maj! Klima została wyłączona, natomiast otwarto wszystkie okna. I nic! Nie pomogło! Nawet pół godziny wietrzenia nie dało żadnej poprawy. Ja wtedy byłam na miejscu. Sama wchodziłam do wnętrza. I już po kilku oddechach człowiek czuł, że wewnątrz, w powietrzu jest mniej tlenu. Musiałam wyjść, bo od razu w głowie szumiało. - No i co wtedy zrobiłaś? - Musiałam im dać najlepsze miejsca w hotelu, ale i to nie pomogło. Właśnie od tamtego czasu mam z bankiem takie relacje, że chyba zabiorę od nich rachunek. - Powoli, zdążymy. No i co dalej? - Dalej nic. Po okolicy rozeszła się fama, że w domu Jesionka, bo tak w okolicy go nazywają, straszy. I tyle. Teraz możesz nawet alarmu nie załączać, nikt tam nie wejdzie. - Ale Helena wchodzi, prawda? - Ona tak. Od tamtego czasu przyjeżdżają co najmniej raz czy dwa w miesiącu, sprzątają wszystko i zamykają. Ale miejscowi na pewno nie zajrzą. Zresztą, oni od dawna mówią, że Helena to wiedźma, więc jej się nie dziwią. - A my co teraz zrobimy? Boisz się? - Powiem otwarcie. I tak, i nie. Jest mi trochę nieswojo, kiedy o tym myślę, ale nie ma we mnie jakiejś paniki. Na pewno wejdę i na pewno spróbuję. A potem zobaczymy. - Czyli jedziemy. Ja sam nie chciałem tutaj przyjechać, ale z innego powodu, chyba rozumiesz. Natomiast z tobą już się nie boję. - Dobrze. Jedźmy więc! Może dlatego, że już zmierzchało, ale oświetlenie zewnętrzne jeszcze się nie załączyło, dom prezentował się ponuro i żałośnie. Tym, co od razu rzucało się w oczy, były ciemne, zakryte okiennicami okna. W żadnym z nich nie było nawet śladów życia. Aż mi się zimno zrobiło, kiedy zatrzymała samochód na miejscu parkingowym przed tarasem. Tu też było puściutko. Kiedyś, zawsze stało na nim przynajmniej kilka samochodów. A teraz, perforowane płyty nawierzchni, próbowała zarastać trawa. Jakoś smętnie się poczułem. Kiedy Lidka wyłączyła zapłon, siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, kontemplując widok, który nas otaczał. Najwięcej uwagi poświęcając zapewne drzwiom tarasowym. - I co robimy? – zapytała niepewnie. - Wchodzimy – zdecydowałem, bez żadnego wahania. – Ja mam się bać własnego domu? – zapytałem retorycznie, otwierając drzwi samochodu. Po chwili obydwoje staliśmy przed schodami. I weszliśmy na nie, trzymając się za ręce.
  10. - Mam zaproszenie na spotkanie nowych parlamentarzystów – zaczęła wyjaśniać. – Na niedzielę. - No i co z tego? - Jest jeden nowy senator w naszym klubie, który na pierwszym spotkaniu nie odstępował mnie nawet na krok. A mnie też się spodobał… Spojrzałem na nią z przestrachem i zauważyła to. - Uspokój się! – objęła mnie za szyję i przytuliła. – Mówię ci po to, abyś wiedział, a nie żeby cię straszyć. Nie pojadę na to spotkanie! Chociaż przyznam, że myślałam o tym… - Przespałaś się z nim? – zapytałem otwarcie. - Nie zdążyłam – odparła bez namysłu. – Ale w niedzielę… chyba… nie stawiałabym już oporu… Dlatego mówię, że zdążyłeś w ostatniej chwili. - Czujesz do niego miętę? – drążyłem temat. Spojrzała na mnie, pochylając nieco głowę na bok. Wiedziałem co to oznacza, znaliśmy się przecież jak łyse konie. Wpadała w nastrój właściwy do pokpiwania sobie z rozmówcy. Ale nieoczekiwanie wyprostowała się i odezwała normalnym tonem. - Wiesz co? To nie mięta. Zaczynałam mieć serdecznie dość celibatu. Jak wiesz, jestem bardzo monogamiczna, a z Romkiem nie sypiałam już na kilka miesięcy przed jego śmiercią. - Nie mogłaś mu darować tego Bukaresztu? Na kilkanaście sekund zapadła cisza. Znowu spoglądała wprost przed siebie, niewidzącym wzrokiem. Wreszcie zaczęła powoli cedzić słowa. - Bukareszt może bym i darowała, nie takie sprawy ludzie puszczają w niepamięć. Ale było coś jeszcze… - Nie chcesz powiedzieć, to nie mów – zaproponowałem, widząc jak się męczy. Ale wtedy spojrzała na mnie. - Tomek, to będzie trudne dla ciebie, bo ja to już przetrawiłam. Ale jednak powinieneś wiedzieć… - Mów więc! – zażądałem, chociaż czułem jak mi tętno podskoczyło do stu uderzeń. Zacząłem się bać. Że znowu coś się stanie i znowu dostanę cios w głowę. Ale tym razem, zaaferowana wspomnieniami Lidka, nie zwróciła uwagi na mój wygląd i zaczęła opowiadać, nie patrząc mi w oczy. - Jak wiesz, już latem nasze relacje mocno osłabły, chociaż jeszcze się tliły. Byłam na niego strasznie wściekła, jednak z tyłu głowy wciąż miałam dzieci i ich interes. To dla nich musiałam! Musiałam wytrzymywać te ironiczne spojrzenia kolegów, pracowników i nawet przechodniów na ulicy! Tomek! – schwyciła mnie za rękę. – Na złodzieju czapka gore, a mnie wyobraźnia podpowiadała, że wszyscy wiedzą, iż mąż zrobił ze mnie idiotkę! To było czasami ponad siły! Jak mnie to poniżało! - Rozumiem cię… - Niczego jeszcze nie rozumiesz. Powoli ten mój stan przechodził, on najczęściej schodził mi z drogi, ale zdarzyło się coś, co wszystko przekreśliło. Pewnego dnia, znowu doszło między nami do jakiegoś nieporozumienia. Nie pamiętam o co, bo to było nieistotne. Ale on wtedy rzucił mi w twarz, że żałuje małżeństwa ze mną. I że ożenił się ze mną tylko dlatego, żeby być blisko Doroty. Bo to ją kochał, a nie mnie… Rozumiesz teraz? On powiedział to patrząc mi w oczy! Mnie, która wszystko robiłam dla niego… Jej głos się załamał, ale zacisnęła zęby i łzy nie poleciały. - Rozumiesz więc, że po czymś takim, o ponownym wpuszczeniu go do łóżka nie mogło być już mowy. Dlatego miałam przerwę dłuższą niż rok. I może nie uwierzysz, ale jesteś drugim mężczyzną w moim życiu. Tak, panie Tomku! – pocałowała mnie w policzek, chichocząc nieoczekiwanie. – W łóżku obok ciebie sypiałam nie raz, ale z tobą jeszcze nigdy. Dopiero dzisiaj, na ambonie nadszedł ten pierwszy raz… W dodatku muszę przyznać, że było całkiem fajnie… Nieoczekiwanie znowu poczułem podniecenie. - Zaczynam znowu mieć ochotę… - Nie tutaj! – zaprotestowała. – Teraz chcę wygodnie. W łóżku. Powoli i długo… - A urodzisz nam córkę? - Chcesz? - Jasne! - No to musisz się postarać! – zawołała i wstała z ławki. – Chodźmy, bo czas ucieka! Do leśniczówki zaglądnęliśmy tylko na chwilę. Lidka była tutaj, kiedy mnie szukała i wspominała, że potrzebny jestem w kwestiach dotyczących Limana. Dlatego nikt się nie zdziwił gdy poinformowała, że zabiera mnie ze sobą i nie wie, kiedy będę z powrotem. Tylko Grzegorz zapytał jak się czuję, a ją, czy za mnie odpowiada. A gdy potwierdziła, nie widział żadnych przeszkód. Podobnie jak chłopcy, którzy tylko na krótko przerwali swoje zabawy. Moja obecność przestawała być oczywistością, nawet dla rodziny. Stawałem się zbędny. I chociaż była to nieobecność duchowa, to jednak. Już się przyzwyczajali, że czy jestem, czy mnie nie ma, dla nich to bez różnicy. Postanowiłem, że nadeszła pora przypomnieć o sobie, ale jeszcze nie dzisiaj. Najpierw spróbujemy ułożyć relacje z Panią Marylą i panem Michałem. Do Czyżyn pojechaliśmy samochodem Lidki, żeby nie wzbudzać zainteresowania. Jej auto nie rzucało się w oczy, a przecież nie chcieliśmy wywoływać sensacji. W dodatku, po drodze wymyśliła jeszcze, żebym najpierw pozostał w samochodzie, a ona pójdzie sprawdzić, czy rodzice są sami i czy znajdą chwilę czasu. Nie chciała nikogo obcego podczas tak ważnej sytuacji. No i prawie się nam udało. Z naciskiem na „prawie”. Zaraz po wyjściu z samochodu, Lidka natknęła się na Helenę. Spotkanie nie do uniknięcia, Helena właśnie w tym momencie wychodziła z domu. Spotkały się przed drzwiami. I jeden rzut oka wystarczył, żeby mnie zidentyfikowała. Nie było sensu się kamuflować. Wysiadłem więc i podszedłem do nich. Ale Lidka też o tym pomyślała i zaczęła za mnie. - Pani Heleno, los tak chciał. Pani pierwsza się dowie. - Cóż tam znowu za nowina? - A to, że oświadczyłem się Lidce i oświadczyny zostały przyjęte – przejąłem inicjatywę. – Lidka zostanie moją żoną! – spojrzałem na nią dumnie. Helena westchnęła i pokiwała głową. - Dawno należało tak uczynić – podkreśliła. – Ale lepiej późno niż wcale. Z mojej strony należą się wam gratulacje! - Dziękujemy! – Lidka ukłoniła się jak pensjonarka. – Pani Heleno, rodzice w domu? Są wolni czy zajęci? - A po co wam oni? - Mamy zamiar ich poinformować… - Tego jeszcze nie róbcie – Helena zaprotestowała. A Lidka zamarła w bezruchu. - Dlaczego? – zapytała ze zdziwieniem. - Zdążysz – Helena bagatelizowała sprawę. - Więc co mamy zrobić? – Lidka nie rozumiała tego sprzeciwu. Ja zresztą tak samo. - Idźcie do samochodu. Zaraz do was przyjdę. Odwróciła się na pięcie i ponownie weszła do domu.
  11. I wtedy coś mnie oświeciło. Pochyliłem się i jednocześnie uniosłem jej głowę. - Lidka… wyjdź za mnie! – szepnąłem. – Zostań moją żoną! Nie wiem czy będę potrafił pokochać ciebie tak, jak kochałem Dorotkę, ale przyrzekam ci wierność, szacunek, oraz że będę dbał o twoje dzieci jak o własne. Będę dla nich dobrym wujkiem! Jeszcze wyżej uniosłem jej głowę i przytuliłem bardzo mokry policzek do swojego. Ona milczała. I tylko czasem piersią zatrząsnął spazm. A potem, trzymając się mojej kurtki, usiadła obok i oparła się o ściankę. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. - Pomóż mi! – kontynuowałem prośbę. – A ja pomogę tobie! Bo jeśli my sami się nie zrozumiemy, to któż nas zrozumie? A mnie tylko ty możesz zrozumieć. Nikt inny! Odwróciła głowę w moją stronę. - Czy ty wiesz, co zrobiłeś? – zapytała spokojnie. - Nie… – zmieszałem się. – Wybacz, nie chodziło mi o to, by cię urazić… - Nie o tym mówię – wtrąciła. - A o czym? – niczego nie rozumiałem. - Co ty zrobiłeś… – szepnęła. Bez irytacji w głosie. - Poprosiłem cię o rękę – odpowiedziałem, wciąż niczego nie rozumiejąc. – I proszę cię o to ponownie, bo nie otrzymałem odpowiedzi. Nie odwróciła spojrzenia, nie nakryła oczu powiekami. - Naprawdę tego chcesz? – zapytała. - Tak! – odpowiedziałem, kiwając głową. - Dobrze – wyszeptała po kilku sekundach zwłoki. – Będę twoją żoną, jeśli tego chcesz. Próbowałem przycisnąć ją do siebie, ale powstała i podała mi rękę, pomagając się podnieść. A potem objęliśmy się i pierwszy raz ją pocałowałem. Później raz drugi, trzeci… Kiedy staliśmy przytuleni, ze zdziwieniem poczułem wzrost napięcia w spodniach. Miałem wzwód! - Lidka… – szepnąłem. - Tak? – odchyliła tułów i spojrzała mi w oczy. Wtedy ująłem jej dłoń i poprowadziłem na podbrzusze. Poczuła i zrozumiała. - Chcesz? – zapytała spokojnie. A ja tylko skinąłem głową. W odpowiedzi pocałowała mnie i zdjęła kurtkę. A potem spodnie… Kiedy było już po wszystkim, jakby kamień spadł mi z serca. Siedziałem na ławce wolny i spokojny, trzymając ją na kolanach. Oparłem głowę o biust i milczałem. Ale nie trwało to długo. - Zimno trochę, pozwól mi się ubrać – cmoknęła mnie w czoło, po czym powstała. Nie było wyjścia, też musiałem doprowadzić się do porządku. - Jak się czujesz? – zapytałem, naciągając spodnie. - Nie najgorzej – odpowiedziała. – Na pewno lepiej niż godzinę temu, kiedy dopiero tu wchodziłam. - A ja znacznie lepiej – wzdychałem, łapiąc leśne powietrze pełną piersią. Na chwilę objąłem ją i pocałowałem. – Nawet oddycha mi się lżej. - Mnie też ciśnienie spadło. I wiesz co? Nabrałam przekonania, że z Limanem nic złego się nie wydarzy. - Zupełnie słusznie – potwierdziłem. – Pracownik banku popełnił poważny błąd, za który mogę kogoś skrócić o biurko. Nagle doszło do mojej świadomości, że myślę kategoriami, o których już niemal całkiem zapomniałem. Że myślę o jakimś działaniu! Że mógłbym podjąć jakiś wysiłek! Ona chyba tego nie skojarzyła, bo spokojnie kontynuowała temat. - Jesteś tego pewien? – spojrzała na mnie, zdziwiona. - Tak – pokiwałem głową. – Dorotka nie jest poręczycielem twoich kredytów. - A kto jest? - Fundusz Doroty Warwick. - Skąd wiesz? - Bo ja jestem jego dysponentem. Jedynym. Lideczko, później o tym porozmawiamy. Powiedz natomiast co robimy teraz? - Nie wiem. A co miałeś w planach? - Nic. Stanie tutaj do nocy. Ale już nie chcę stać. - To może pójdziemy do leśniczówki, a potem pojedziemy do mnie? Wypadałoby chyba powiadomić rodziny o naszej decyzji. - Wolałbym najpierw do ciebie. - Czemu? - Teściowa nie zasługuje na pierwszeństwo otrzymania takiej wiadomości… - Jak chcesz – wzruszyła ramionami, ale uśmiechnęła się. – Chociaż bliźniakom mógłbyś to powiedzieć. - Im bez różnicy czy teraz, czy później. Wiesz, że Helena wyprowadziła się od nas? - Coś wspomniała, ale sądziłam, że to żart. - Chyba nie. Zaskoczyła mnie, kiedy wysiadała z samochodu. Powiedziała otwarcie bym nie martwił się o jej powrót, bo wracać do Warszawy nie zamierza. Ma dość podchodów teściowej. - I co teraz zrobisz? - Nic. Poczekam na twoje decyzje – oświadczyłem, spoglądając jej w oczy. – Bo chyba nie wyobrażasz sobie, że pozwolę wam teraz mieszkać gdzieś oddzielnie, prawda? Ja nie chcę być sam! Lidka roześmiała się, ale tak nieco smutno. - Rzeczywiście… O kurczę, trzeba będzie przestawić całe myślenie… - Poradzimy sobie. - Oczywiście, że poradzimy, ale zamieszania trochę będzie. - Damy radę. - Tylko, że… Tomek… Zamiast skierować się w stronę drabinki, nieoczekiwanie usiadła na ławeczce, wyciągając ku mnie rękę. - Siadaj ze mną. Posłusznie zająłem miejsce obok, a wtedy położyła dłoń na mojej. - Porozmawiajmy jeszcze, bo nie będę ukrywała, że to co się tutaj i teraz wydarzyło, jest dla mnie dużą niespodzianką. - Ja też tego nie planowałem… – udało mi się wtrącić. - Ale podtrzymujesz deklarację? – spojrzała mi w oczy. - Lidka… Zdecydowanie tak! – przytuliłem ją do siebie. – Teraz wiem, że już dawno powinienem z tobą otwarcie porozmawiać i szukać twojej obecności, a nie zamykać się w sobie. To było straszne… - O tym później porozmawiamy, teraz chciałam zapytać, czy znasz moją obecną sytuację? - W jakim sensie? - W każdym. W firmowym wiesz, że los Limana zawisł na ostrzu noża. A co wiesz o mojej sytuacji osobistej? - Nic – przyznałem, nieco zmieszany. - No właśnie… – pokiwała głową. – Ale że znowu jestem posłanką do Sejmu to wiesz? - To tak. Grzegorz mi kiedyś wspomniał. - Więc teraz ci powiem, że zdążyłeś niemal w ostatniej chwili. - Co…? Z czym? Dlaczego? - Z oświadczynami – wypowiedziała dobitnie, po czym pocałowała mnie i potarła nosem nos. - Opowiadaj, bo nie kumam – zażądałem.
  12. Z Pawłem jakoś wtedy wytrzymałem, ale tylko dopóki był. Kiedy już poszedł, siły mnie opuściły. To wtedy miałem nawrót tej bardzo silnej depresji i kolejny miesiąc wyjęty z życiorysu. Bo z kim mogłem podzielić tę kolejną dla mnie traumę? Komu opowiedzieć o następnym ciosie od losu? Od kogo przyjąć pocieszenie? Byłem sam. I sam wszystko w sobie dusiłem. Sam zaskorupiałem się w jakimś kokonie i odsuwałem od siebie bodźce tego świata. Niczego nie chciałem i nikt nie był mi potrzebny. Znowu wylądowałem w klinice… Trzask pękającej pod nogą gałęzi usłyszałem już wyraźnie. Ktoś szedł i niespecjalnie dbał o to, by go nie słyszano. Czyżby ktoś do mnie? Nie byłem z tego faktu zadowolony. Przez chwilę pomyślałem nawet, żeby wciągnąć na górę drabinkę. To był zaledwie odcinek kilku szczebli, ale ich brak dość skutecznie zablokowałby intruzowi możliwość wejścia na ambonę. Zaraz jednak zrezygnowałem z tego zamiaru. Z powodu bierności, albo inaczej lenistwa. Nie chciało mi się nawet ruszyć. Wreszcie, pomiędzy drzewami, rozpoznałem sylwetkę nadchodzącej. To była Lidka. Właściwie nie utrzymywaliśmy teraz kontaktów. No bo z nikim, z dawnych znajomych, takowych przecież nie utrzymywałem. Lidka owszem, kilka razy do mnie przez ten rok zaglądnęła, ale były to krótkie, zdawkowe spotkania i rozmowy. Ona wyczuła od razu, że nie jest u mnie gościem pożądanym, więc przychodzić przestała. A ja nie chodziłem nigdzie, więc i do niej też. Bo i o czym mieliśmy rozmawiać? Lidka spojrzała w stronę ambony i ujrzawszy, że patrzę w jej stronę, uniosła dłoń i pomachała nią symbolicznie. Tyle. Kiedy podeszła, od razu wspięła się po schodkach i rzuciwszy jedynie króciutkie „cześć”, stanęła obojętnie przy krawędzi, w pewnej odległości ode mnie. Oparła ręce na barierce i spoglądała w głąb polany. Obydwoje milczeliśmy przez co najmniej kilka minut. Wreszcie przemówiła. - Słychać u ciebie coś nowego? Odpowiedziałem dopiero po chwili. - Nic. - To nie jest dobrze. I wybacz, że naruszam twoją samotnię, ale musiałam. - Ja nic nie muszę i niczego nie chcę. - Jesteś tego pewny? – wreszcie odwróciła twarz w moją stronę. – A ja chciałam cię poprosić, żebyś mi pomógł… Nasze spojrzenia się spotkały, ale tym razem to ja uciekłem wzrokiem na polanę. Już poczułem niechęć, już mi przeszkadzała. - Ja? Ja nikomu nie jestem w stanie pomóc. Ani nikt nie pomoże mnie. - Tomek… mówię bardzo poważnie. Proszę, wysłuchaj mnie chociaż! Drażniła mnie, ale zmusiłem się, aby nie być impertynencki. - O co chodzi? - Bank przysłał mi żądanie natychmiastowej spłaty kredytów, poręczanych przez Dorotę. Pod pretekstem tego, że gwarancje z chwilą jej śmierci, stały się nieważne. - No i co z tego? - Przecież nie mam takiej sumy. Położą nam firmę! - Obudzili się? W dziesięć miesięcy po jej śmierci? - Nie wiem co się stało – zaczynała się tłumaczyć. – Jeszcze u nich nie byłam. Dostałam dopiero wezwanie, a że dowiedziałam się o twojej tutaj obecności, najpierw chciałam porozmawiać z tobą. - A co ja mam do tego? - Masz połowę firmy. - Niczego nie mam. Kontaktuj się z Damianem. - Tomek!… Odwróciła się w moją stronę i opuściła ręce. Przez chwilę milczała. - Dlaczego mnie tak traktujesz? – zapytała cicho. - Jak? – odpowiedziałem spokojnie. – Przecież nic się nie zmieniło. To Damian dysponuje wszelkimi kompetencjami. A ja wciąż jestem urzędnikiem państwowym. Pokiwała głową, ale nie wypowiedziała ani słowa, tylko ponownie odwróciła twarz w stronę polany i wsparła dłonie na barierce. Znowu milczała przez kilka minut. - Rozumiem… – przemówiła. – Widocznie masz z czego żyć i na Limanie ci nie zależy. Postanowiłeś nie kiwnąć palcem w jego obronie. A że ja wtedy nie będę miała za co kupić dzieciom chleba, to cię już nie interesuje. Rozumiem… - Gówno rozumiesz! – warknąłem w odpowiedzi. Zdenerwowała mnie. Odwróciła twarz w moją stronę i zagrała na najwyższej nucie. - Starzy ludzie mawiali kiedyś, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Ale widzę, że tutaj to nie ten adres. Nie przeszkadzam ci zatem. Żegnaj! Odwróciła się i miała zamiar iść na drabinkę, ale zagrodziłem jej drogę. - Tak mówisz? Przyjaciół poznaje się w biedzie? To może ja pokażę ci film o takiej tematyce. O przyjaźni. Chcesz? - Daj mi spokój. Nie mam czasu na żadne filmy. Ja mam siedem dni na spłatę zobowiązań firmy. - A jednak nalegam! – schwyciłem ją za przedramiona. – Mam ten film przy sobie. Jest krótki, to tylko kilka minut. Zdążysz więc bez uszczerbku dla innych swoich zajęć. Obejrzysz? Musiałem mieć coś takiego w głosie, że nagle zaprzestała oporu i znieruchomiała. A potem oparła się plecami o barierkę. Puściłem jej ręce i sięgnąłem po smartfon, a potem uruchomiłem film, nagrany przez Romka w Nowym Jorku. Ten, na którym gwałci Dorotkę. Ale zanim się zakończył, pod Lidką ugięły się nogi i rozpłakała się w głos, bezwładnie zjeżdżając plecami po ściance, aż usiadła na deskach podłogi, a smartfon wypadł jej z dłoni. - Dla… czego… mi to… ro… ro… bisz? – szlochała. – Dla… czego ro… bisz to… moim… dzieciom? Co… one ci… winne? To nie… ja… ją… zgwałciłam! A on… nie żyje!... - A nie zauważyłaś, że właśnie nic twoim dzieciom nie robię? – zawołałem. – Ty nie potrafiłaś nawet jeden raz obejrzeć go do końca, a ja oglądam codziennie! Każdego dnia twój mąż gwałci moją żonę! Rozumiesz??? Rozumiesz to??? I ja muszę z tym żyć!!! On ją codziennie zabija! Więc ja też pytam: dlaczego? Dlaczego? Dlaczego??? – wrzeszczałem. Schowała twarz w dłoniach, po czym, bezwładnie opadła na podłogę. I tylko spazmy, od czasu do czasu, wstrząsały całym jej ciałem. Nagle, całe moje napięcie gdzieś się ulotniło. Właściwie to czemu na nią krzyczę? Przecież ona w niczym nie zawiniła! To tylko ja musiałem się na kimś wyładować… W mgnieniu oka padłem na kolana i usiadłem na piętach, próbując unieść jej głowę z podłogi. - Lidka, przepraszam! – mówiłem, pełen skruchy. – Bardzo przepraszam! Wiem, że nie ty jesteś winna, ale gdzieś, kiedyś, musiałem wylać swój żal… Leżała bezwładnie, tym niemniej, udało mi się ją podnieść i przesunąć odrobinę nogi tak, że jej głowa spoczywała teraz na moich kolanach. Ale oczu nie otwierała, bo wciąż płakała.
  13. Kiedy znów zabrał głos, musiałem wrócić myślami do chwil z tamtego grudniowego dnia. Było czystym przypadkiem, że tuż za mną z banku wyjechał samochód z inspektorem Rybackim. Był naocznym świadkiem wszystkich wydarzeń, ale będąc profesjonalistą i osobą uczuciowo niezaangażowaną, stanął na wysokości zadania. Nie poddał się panice. Rybacki powiadomił o katastrofie Pawła, który jeszcze wtedy był w banku. I natychmiast wdrożył procedury przewidziane na takie okoliczności. W banku i poza nim. Niektóre nie były tak zupełnie zgodne z prawem. Domyślałem się tego, ale fakty były mi obce. Teraz musiałem je poznać… - Tomek... Jak się czujesz? - Zwyczajnie. Jak przez ostatnie dni. Mniej więcej tak jak wtedy, kiedy otwieraliśmy sejf. - To dobrze, bardzo dobrze. - A czemu pytasz? Mam ci coś podpisać? - Nie… nie trzeba podpisu… - Więc o co ci chodzi? Są jakieś problemy? - Poczekaj chwilę… Nie wiem… nie wiem jak ci to powiedzieć… To nie był Paweł. Taki konkretny, zawsze pewny siebie człowiek. Spróbowałem jakoś złagodzić sytuację. - Dobrze, wytrzymam, nie przejmuj się! Powiedz lepiej co tam w domu. Jak twoja żona? Pokiwał głową. - Nie żyje od dwunastego lutego. Ręce i nie tylko ręce mi opadły. - Paweł… przepraszam. Bardzo cię przepraszam! - Nic się nie stało, nie przejmuj się. Miałeś prawo o tym nie wiedzieć. Wiesz… Ja się z taką opcją liczyłem od dawna, ciebie natomiast dotknęła zupełnie nieoczekiwanie. - Czyli obydwaj jesteśmy wdowcami? - Tak, absolutnie tak. Tylko, że… - Tak? - Tomek… jest jedna sprawa, której nie mogę przed tobą zataić… - Z jakiego gatunku? Moralności? - Poczekaj… proszę! - Czekam więc, mów! - Chciałbym ci przedstawić otoczkę… całej sytuacji, bo wciąż jesteś sekretarzem stanu, czyli członkiem rządu, prawda? - Podobno. Tak samo zresztą jak dyrektorem w banku, delegowanym do pracy rządowej. Nikt mnie nie może zdymisjonować, bo wciąż jestem na zwolnieniu lekarskim. Ale co to ma do rzeczy? - No właśnie… - Paweł… – coś mnie wtedy tknęło. – To jest… coś nieprzyjemnego? - Słuchaj… nawet… Nic już nie mów, proszę! Bardzo cię proszę! To nie jest dla mnie ani łatwe, ani proste, lecz czuję że muszę... Przez szacunek dla twojej zmarłej żony. Jej to jestem winien przede wszystkim… - Więc mów co masz mówić! – wrzasnąłem. – Przestań lawirować! - Tomek… to jest trudne. - Mów! - Dobrze, usiądź! - Siedzę i czekam! - Będę musiał nawiązać do tamtego dnia katastrofy… dasz radę? - Dam! – zawołałem z naciskiem. Ale nie dałem… - Więc słuchaj. Tamtego dnia, niemal tuż za tobą, z banku wyjechał Zbyszek Rybacki, wiesz o tym, prawda? - Wiem i co z tego? - Na razie nic, to był czysty przypadek. Zbieg okoliczności. - Rozumiem. - Zbyszek jest doświadczonym policjantem i nie stracił głowy, chociaż zdarzenie było straszne. Natychmiast powiadomił mnie o wszystkim, a na miejscu zarządził zabezpieczenie całego terenu wręcz wzorcowo, aż do chwili przyjazdu służb państwowych. Nie zapominając przy tym, że teraz pracuje w banku. - Co to ma do rzeczy? - Nie pracowałeś w policji, więc nie rozumiesz niuansów. Zbyszek najpierw zadziałał jak policjant i kiedy patrol nadjechał to pokierował jego postępowaniem, ale później zadbał, by to co policji interesować nie powinno, nie wpadło w jej ręce. - Co masz na myśli? - Rzeczy osobiste ofiar wypadku. Nie otrzymałeś torebki swojej żony, prawda? - Nie… nie wiem. Nie myślałem o tym… - Ale ja wiem, bo ja ją mam. - Skąd? - Zaraz, po kolei. Teoretycznie, przed zakończeniem gromadzenia materiałów śledztwa, z miejsca wypadku śmiertelnego nie wolno zabrać niczego. Takie są policyjne zasady. Zbyszek natomiast wymusił na policjantach ich złamanie i ekipa z banku zabrała ze zniszczonego wraku torebkę twojej żony oraz saszetkę Romka. Były to rzeczy nie mające znaczenia dla dochodzenia w sprawie katastrofy, ale mogły przecież zawierać materiały, których ujawnienie naruszyłoby tajemnicę bankową. I ten argument Zbyszek wtedy wykorzystał. - Nie słyszałem o niczym, nie interesowałem się… - Wiem. Mówię to dlatego, że dochodzenie w tej sprawie trwa i ktoś kiedyś może cię pytać o te rzeczy. W każdym razie mamy w tej sprawie poparcie ambasady i obiecaną pomoc, gdyby sprawy przybrały nieprzyjemny obrót. Na razie jednak to się tylko tli i jakoś nie jest kończone. Ktoś trzyma tę sytuację na wszelki wypadek. - Niech sobie trzyma. Niby co miałbym odpowiedzieć na takie pytania? Jak osiwiałem? Przecież wszyscy wiedzą, że w tamten wieczór. - Nie lekceważ sytuacji. Byłeś osobą wtajemniczoną w różne bankowe niuanse i nie masz doświadczenia w unikaniu różnych kruczków stosowanych przez przesłuchujących. Nie łudź się więc, że w razie godziny W dasz im radę. To tak nie działa. - Mówże w końcu, przestań już pieprzyć! - Dobrze. Więc teraz w dużym skrócie. Torebka twojej żony, oraz saszetka Romka są u mnie, na przechowaniu. Ale jest rzeczą oczywistą, że musieliśmy je przeglądnąć. I znaleźliśmy w nich, między innymi, nośniki pamięci. - Pewnie każdy takowe ma. - Tak, ale badaliśmy ich zawartość. U twojej żony nie było materiałów tajnych, dostęp nie był nawet zaszyfrowany. Większość plików stanowią materiały przydatne w pracy naukowej. Było także trochę zdjęć, takich okazyjnych Różnych, zgranych pewnie z telefonu. Informacji bankowych w zasadzie nie było. Natomiast u Romka znaleźliśmy film, który musisz obejrzeć. No i obejrzałem. Na tym domowym komputerze, który nie był podłączony do sieci. Jak Romek gwałci Dorotkę. Według informacji Pawła, które przekazał mi zaraz później, stało się to w nowojorskim hotelu, w którym nocowali podczas wspólnego wyjazdu, w sprawie nowego sprzętu komputerowego z „dodatkami”. Kiedy obydwoje mieli zdawać relacje szefostwu korporacji. Romek najwyraźniej wszystko wcześniej zaplanował, bo inaczej by tego nie nagrywał. Wykorzystał Dorotki zaufanie i w jakiś sposób „poczęstował” ją tabletką gwałtu, gdyż na filmie była zupełnie bezwolna i bierna. Zachowywała się z absolutną obojętnością i przez cały, kilkuminutowy zaledwie film, nie wypowiedziała ani jednego słowa. Zresztą, Romek też nic nie mówił. Słychać było tylko jego posapywania. Już pierwsze ujęcia przedstawiały hotelowe łóżko. Tak została ustawiona kamera. Później w kadrze pojawił się Romek podtrzymujący Dorotkę. Ubrana była w szlafrok. On ten szlafrok z niej zdjął, po czym posadził ją na łóżku. Ale od razu poleciała do tyłu i się położyła. On na to nie zareagował, lecz zaczął się rozbierać i dopiero kiedy był już nagi, zaczął zdejmować bieliznę z niej. I w końcu pospiesznie sobie z nią ulżył. Nie protestowała, ani mu nie pomagała. Milczała i tylko czasami spojrzała gdzieś w bok, zupełnie obojętnym i nieobecnym wzrokiem. Co było potem, nie wiadomo. Na tym film się zakończył. Długo siedziałem ze spuszczoną głową i milczałem. Bo o czym było mówić? Paweł nie przerywał milczenia. Obydwaj wiedzieliśmy i rozumieliśmy to samo. Dorotka wpuściła Romka wieczorem do swojego apartamentu, pewnie na jakąś konsultację. A może żeby zwyczajnie porozmawiać? Bo niby dlaczego miała tego nie zrobić? Przecież to stary znajomy, kolega, mąż koleżanki, były podwładny… Miała się go bać? A on wykorzystał sytuację… Którą na pewno wcześniej zaplanował. Tu Paweł zgodził się ze mną. - Wszystko na to wskazuje. Na pewno miała podaną tabletkę gwałtu, nie mam żadnych wątpliwości. Jej zachowanie, reakcje, są typowe dla takich przypadków. Jak to zrobił, tego już się nie dowiemy. Ale zrobił, więc musiał ten specyfik mieć. A to już oznacza pełną premedytację. Przypadku nie było. I jak teraz miałem z taką wiedzą żyć?
  14. Zaprosiłem go do swojego, małego gabinetu przy sypialni. Dorotki był większy, ale nie pozwalałem w nim niczego zmieniać i nikogo tam nie wpuszczałem, oprócz oczywiście Heleny. Tylko ona mogła wchodzić wszędzie i zawsze. To w domu zostało utrzymane, mimo wyraźnie kwaśnej miny mojej teściowej. Nie mogła być z tego zadowolona, ale niewiele mnie to obchodziło. I tak oddałem im, obojgu z Grzegorzem, prawie całe piętro. Cały zresztą domowy układ zrobił się bardzo dziwny i nieoczekiwany. Kiedy teściowie zjawili się po śmierci Dorotki, mnie oczywiście nie było. Byłem w szpitalu. Ale przyjechała Justyna i rozlokowała ich u góry, bo przecież ktoś musiał zaopiekować się chłopcami. I ten obowiązek wziął na siebie Grzegorz. Na całe szczęście, apartament miał już wtedy górne piętro. Wykończone i zagospodarowane. Jakby czekał… A że ja wciąż nie byłem zdrowy, teściowie po pogrzebie nie wyjechali. Grzegorz przez cały czas czuwał nad moim leczeniem, a teściowa próbowała nadrobić zaległości w opiece nad wnukami. Podobno średnio jej to wychodziło, chociaż chłopakom nikt niczego nie bronił. Ale oni swój rozum mieli. Helena nie była zachwycona takim układem, ale najpierw robiła dobrą minę do złej gry. Sądziła, że to na chwilę, że chwilowo ścierpi. Teściowie jednak nie mieli ochoty na wyjazd. Podejrzewam, że teściowa mogła mieć na myśli spadek. Może liczyła na oddziedziczeniu tego apartamentu? Nie wiem tylko po co. Ale dwie gospodynie w domu to jest prosty przepis na wojnę. Tu nie było inaczej. Doszło do jakichś scysji i Helena zabroniła teściowej wchodzenia do kuchni. Tamta z kolei, zaczęła demonstracyjnie zamawiać posiłki z zewnątrz, z jakiegoś cateringu, co z kolei Helena uznała za obrazę domu. I tak to trwało. Teściowa nie wpuszczała do „swoich” pomieszczeń na górze ekipy Białorusinek, które w coraz większym stopniu przejmowały opiekę nad całym domem. To było oczywiste, Helenie sił nie przybywało i potrzebowała pomocy. Dlatego dziewczyny zaczęły nawet organizować i zlecać drobne naprawy oraz remonty. Jednak dla teściowej, taka troska była tym bardziej podejrzana. Czyli na zgodę szans nie było żadnych. Może nawet fakt, że to Helena „szarogęsi” się w mieszkaniu Dorotki, wpłynął na myślenie teściowej? Może właśnie zdopingował ją do pozostania tutaj i „pilnowania dobytku”, by nie wpadł w obce ręce? Biedna teściowa… Nie wiedziała, że nie ma żadnych szans na nic, oprócz tego co Dorotka jej przeznaczyła. Milion dolarów z ubezpieczenia, dla niej i dla Grzegorza. Wspólnie. Bo Grzegorz nigdy się od niej nie odżegnywał. I dobrze, ja tego od niego nie wymagałem. Ale do teściowej się nie odzywałem. Chociaż czasami jakaś ironia aż cisnęła się na usta… Zauważałem jednak, że Helena miała powoli dość tych wszystkich przepychanek i coraz więcej czasu spędzała w Podkowie. Bo teściowa Podkowy nie lubiła. Zresztą, najbardziej mobilnymi osobami w naszym zespole były Białorusinki. Grzegorz owszem, prawo jazdy miał i to od lat. Ale kierowcą był prowincjonalnym, nie na warszawskie i podwarszawskie ulice. Męczył się na nich okropnie. Dopiero ochroniarze bankowi nauczyli go drogi do szkoły, aby odwoził i przywoził chłopców. Męczyło go to zadanie mocno, mimo to starał się dumnie wytrwać. Po kilku tygodniach, nowy prezes zarządu zniósł ochronę bankową dla chłopców i wtedy musieliśmy sobie radzić sami. Na szczęście, pan Kazimierz dowiedział się o tym i sprawę rozwiązał w ramach korporacji, z pomocą kolegów. A potem, już w lecie, wyrównałem z nimi zaległości w rachunkach i nadal mogłem na pana Kazimierza liczyć. Szkoła na szczęście nie była tak durna, jak nowy prezes banku. Chłopcy wciąż mieli obywatelstwo amerykańskie, a ponadto występowali w glorii bohaterów. Zasługi mamy nie zostały zapomniane. A że Helena uiszczała wszelkie dodatkowe opłaty w stylu Dorotki, więc tutaj problemów nie było najmniejszych. Ale powstały one w miejscu, gdzie nikt by się tego nie spodziewał. Pranie, sprzątanie i kuchnia, zaczęły być w domu realizowane tak jakby usługowo, na zamówienie. Nie było już tej atmosfery, kiedy wieczorem siadywaliśmy wszyscy w salonie i tak zwyczajnie rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. Nie było rodziny. Nie było wspólnych dążeń, jednego strumienia celów i zamiarów. Przeciwnie, nasze oczekiwania rozjeżdżały się coraz bardziej. Nas wszystkich i każdego z osobna. Ten chory układ wciąż jednak trwał, mimo, że Helena coraz częściej po kolacji gdzieś wyjeżdżała. Później wracała, aby rankiem wyprawić chłopców do szkoły, ale z jej słów wynikało, że taki luksus im się kończy. Że za niedługo będą musieli radzić sobie sami. Nie bardzo w to wierzyli, ale… To oni. Oni jeszcze nie wiedzieli, że życie jest okrutne. Że nie tylko zabrało im mamę. Ja nie byłem już taki pewien, że Helena sobie żartuje. Na to należało się przygotować. Należało, tylko ja nie miałem aż takiej siły… Kawę przyniosłem z gabinetu Dorotki, bo tam stał ekspres. I tam przygotowałem dwie filiżanki smolistego napoju. Pamiętałem, że żaden z nas nie lubi dodatków ani ulepszeń. Kawa ma być kawą. A że fotel przy stoliku był tylko jeden, to posadziłem w nim Pawła. Sam do stolika podsunąłem sobie pufa. - Ciasteczko? – zapytałem. - Daruj sobie – westchnął. – Tomek… - Tak? Coś potrzebujesz? Nie wszystko podpisałem z oględzin? - Nie… Pozwól, że… Nie… Wypijmy spokojnie kawę. - Paweł… Coś mnie wtedy ruszyło. Do takich jego tekstów nie byłem przyzwyczajony. - Czy coś się znowu stało? - Nie! Daj spokój. To… nie wymaga pośpiechu. - Możemy wypić kawę? - Możemy. Zamilkł i długo się nie odzywał.
  15. Kwintesencją pracy Dorotki był kontrakt menadżerski, premiujący przede wszystkim wzrost ogólnej wartości polskiej grupy bankowej, którą kierowała i nadzorowała. Kontrakt wynegocjowała z niespotykaną premią za wzrost wartości akcji, za cały okres jej prezesury. Było to najpierw informacją poufną, ale po Jej śmierci zostało upublicznione, gdyż po weryfikacji rocznego bilansu, bank musiał podać informację o planowanej emisji akcji, zaspokajającej roszczenia spadkobiercy. Czyli moje. Ale żeby było jeszcze bardziej interesująco, Dorotka na rynku Forex zagrała również na spadek wartości akcji banku w razie ustania jej pracy na stanowisku prezesa zarządu. Niezależnie od okoliczności czy powodów tegoż odejścia. Zrobiła to jeszcze w lipcu, z terminem sześciu miesięcy. I prawidłowo wyceniła późniejszy spadek wartości akcji! Ta transakcja dała jej, czyli już mnie, zysk w wysokości przekraczającej sto milionów złotych! A jaka była jej ogólna, menadżerska wartość, na ile jej umiejętności kierownicze oceniał rynek, pokazały notowania giełdowe po Jej śmierci. Sumaryczna wartość akcji banku Solution Poland S.A. w ciągu następnych kilku dni spadła o kwotę miliarda ośmiuset milionów złotych! Tyle pieniędzy wyparowało z parkietu, gdy Jej zabrakło. Takiego tąpnięcia w historii giełdy jeszcze nie było, ale to też nie był koniec. Cała korporacja na światowych giełdach zatrzęsła się w posadach. Rynek pamiętał Jej prognozy oraz wyniki Solution Inc. podczas kryzysu. Zainteresowani wiedzieli jaki miała udział w tym, że bank amerykański w czasach recesji może nie kwitł, ale zły okres dla innych przebrnął suchą nogą. A teraz Jej zabrakło… I tak, co raz okazywało się, że ze wszystkich stron, za coś należą mi się pieniądze. Za wzrost wartości akcji banku, kiedy nim kierowała, za utratę wartości akcji, kiedy Jej zabrakło, za to, za tamto… Przychodził jakiś termin i z różnych jednostek napływały kolejne informacje o przysługujących mi benefitach. W ciągu pół roku okazało się, że Dorotka już po swojej śmierci, zarobiła dla mnie grubo ponad osiemdziesiąt milionów dolarów i dwanaście milionów euro! Szacunkowo, bo dokładnie tego w ogóle nie liczyłem! Z tym, że te sumy zostały już opodatkowane, niestety. Ja nie umiałem podatków uniknąć. W tych sprawach tylko Dorotka była kuta na cztery nogi. Bardzo nie lubiła płacić podatków. Przez kilka dni i nocy rozmyślałem później o naszym związku. O tym jak się zaczynał, jak trwał… Aż byłem na tyle silny psychicznie, by próbować dociec jak i kiedy zostałem jej wspólnikiem w prywatnych interesach. Przecież nigdy o tym nie rozmawialiśmy! Na ten temat nie było nawet żadnych sugestii! Rozdzielność majątkowa była w naszym małżeństwie aksjomatem. Oczywistością. O tym się nawet nie dyskutowało. Była konieczna i w sumie korzystna dla całej rodziny, w sytuacji pełnienia przez nas tak odpowiedzialnych funkcji. I przestrzegała tego wyraźnie, mimo że na prywatne zachcianki mogłem czerpać z jej konta pełnymi garściami. Ale na samochód nie chciała mi dać pieniędzy, musiałem zaciągać bankowy kredyt. I ten kredyt właśnie wykorzystała. Zupełnie bez mojej wiedzy. Pamiętam, jak poprosiła o kartę podpisu elektronicznego, pod pretekstem zmiany warunków kredytu, na bardziej dla mnie korzystne. Załatwiła to, owszem, coś tam w ratach się zmniejszyło. Ale kiedy teraz sięgnąłem do zapisów historii jej kont zagranicznych… To wtedy, w październiku, widniał na nich mój elektroniczny podpis, potwierdzający objęcie współwłasności. Wszystkie dokumenty miały tę samą cechę! Mój podpis, złożony poprzez zaufane, szyfrowane łącze bankowe. Przygotowała wszystko tak, jakby swojej śmierci się spodziewała. I porządkowała sprawy na odejście. To przecież wtedy, też jakoś na przełomie września i października, oznajmiła, że pierwszy raz przegrała, że straciła pieniądze na jakiejś ryzykownej, giełdowej transakcji. Widziałem, że to ją zabolało, ale nie poświęciłem zdarzeniu większej uwagi. Myślałem, że cóż, nie zawsze się przecież wygrywa. Nie ona pierwsza, ani nie ostatnia, której zdarza się przegrać. Tym bardziej, że potem już nie poruszała w mojej obecności takich tematów. Dzisiaj jednak wiem, że nie był to przypadek. Od tamtego dnia Dorotka nie obstawiała już ryzykownych kontraktów. Ani jednej transakcji na żadnym agresywnym rynku akcji, ani na żadnej giełdzie. Kilka kont natomiast zamknęła, transferując walory w obligacje i dokupując złoto oraz certyfikaty na metale rzadkie. Dlatego mogła zgromadzić wszystkie dokumenty w sejfie, gdyż to co pozostawiła, nie wymagało większej, codziennej uwagi. Był tam, owszem, niemały rejestr pakietów akcji różnych firm, począwszy od tych wielkich, informatycznych, medycznych i biochemicznych, po takie na razie obiecujące, ale z dużymi perspektywami. I ten pakiet nie był już potem zmieniany. Mało tego, zostawiła mi też rekomendacje, aby przez dwa lata niczego w nim nie zmieniać, a jedynie przyglądać się rozwojowi sytuacji i dopiero po tym czasie ewentualnie coś skorygować. Wszystko wskazywało na to, że wiedziała. I przygotowywała się na śmierć. Nie wiedziała tylko jak i kiedy się to stanie. Nigdy też nie dała po sobie poznać, że wie. Nie chciała zepsuć nam ostatnich dni… Sarenki znieruchomiały nagle niczym posągi. Przestały poruszać żuchwami i niepewnie przez kilka sekund strzygły uszami, nie opuszczając głów w kierunku ziemi. Coś je wyraźnie zaniepokoiło. Nagle jedna się odwróciła i odbiegła kilka metrów w kierunku ściany lasu, po czym na jego skraju zatrzymała jak wryta i spojrzała w tył, wciąż nasłuchując. Druga zrobiła tak samo. Ale wszystko to trwało niewiele dłużej niż sekundę. Zwierzęta uzyskały chyba pewność i jak zdmuchnięty płomień, znikły w żółto-zielonym już lesie. Coś je zaniepokoiło i nie byłem to ja, bo nie w moją stronę spoglądały. Zresztą, wokół wciąż panowała cisza, zakłócana jedynie przez wiatr. Ale ja miałem mało „leśne” uszy, one były znacznie lepsze w te klocki. Ktoś się zbliżał. Zwierzę albo człowiek. Za jakiś czas przekonam się kto. Tak… Kropkę nad „i” postawił wtedy Paweł Dedejko. Człowiek, który jakimś dziwnym trafem przewijał się obok przez cały nasz związek. Od samego początku aż poza jego zakończenie. Na dobre i złe. Dorotka obdarzała go ogromnym zaufaniem, więc i ja się z nim zaprzyjaźniłem. Ale to nie była poufałość. Było zaufanie, jednak bez poklepywania się po plecach. Szanowaliśmy się wzajemnie i poważali. Zresztą, okres naszej współpracy w banku był wręcz wzorcowy. Był właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu. Paweł przyjechał do mnie, do warszawskiego apartamentu, jakieś kilka dni po tym, jak we dwóch otwieraliśmy sejf. Oczywiście, wcześniej zadzwonił, upewnił się, że będziemy mogli spokojnie porozmawiać, ale telefonicznie tematu rozmowy nie zdradził. Nie było to niczym dziwnym. Szef ochrony banku, którym wciąż pozostawał, nie może być człowiekiem zbyt wylewnym przez telefon. Tym niemniej, spodziewałem się spraw dotyczących zakończenia porządkowania spraw Dorotki w banku, może podpisania przeze mnie jakichś zapomnianych papierów… Ale tego z czym się zjawił, nie spodziewałem się nawet w najczarniejszych snach.
  16. Kiedy marzec się kończył, pogoda wróciła do dobrej, wiosennej normy. Aga zabrała chłopców na weekend, a wzrost ciśnienia atmosferycznego poprawił mi nastrój. Pierwszy raz pojechałem wtedy do Podkowy. Z Heleną i jej nową ekipą z Białorusi. Poprzedniczki miały już polskie dokumenty pobytowe i pracowały gdzieś zgodnie z kwalifikacjami, układając sobie życie w naszym kraju. Natomiast nowe, nieco młodsze, wprowadzały się w obowiązki utrzymywania porządku. Jedna była nawet z mężem, co podobno doskonale ułatwiało im pracę, gdyż męska dłoń zawsze jest przydatna w takiej ekipie. Szczegóły jednak były poza mną. Nawet nie zapamiętałem ich imion, mimo że obiady przez dwa dni jadaliśmy wspólnie. Nawet z Heleną niewiele wtedy rozmawiałem, preferując przebywanie na ogrodowych ławkach. Ciągle wolałem samotność. Radosne spojrzenia wszystkich tych młodych ludzi mierziły mnie bardzo, chociaż byłem świadomy, że zachowałbym się bardziej niż głupio, mając do nich jakiekolwiek pretensje. A szczególnie dołowało mnie zachowanie tego małżeństwa. Ich zalotne spojrzenia, te wszystkie uśmiechy, dotykanie rąk, takie niby przypadkowe… Zazdrościłem im tego, że mają siebie! Bardzo zazdrościłem! I dlatego wolałem się odseparować. Nie widzieć, nie wiedzieć, by nie było czego zazdrościć. Nie da się ukryć. Zazdrościłem teraz ludziom, którzy sprzątali mój dom oraz porządkowali otoczenie. I jeszcze cieszyli się z tego! To im dawało szansę i nadzieję na lepsze życie. Helena im to organizowała i załatwiała, a jak to robiła, tego nie wiem. Nigdy mnie o pomoc nie prosiła, więc raczej dawała sobie radę. A mnie nawet posiadanie tego domu nie napawało choćby namiastką szczęścia… Najważniejszym zadaniem i celem mojego pobytu w Podkowie była próba przełamania lęku przed bytowaniem w miejscach, które jednoznacznie kojarzyły mi się z Dorotką. Ten strach, ta czerń, która mnie ogarniała na samą myśl, że Jej tam nie będzie, długo paraliżowały jakiekolwiek myśli o takim życiu. Bałem się. Wszystkiego się bałem, niczego nie chciałem, o czymkolwiek bym nie pomyślał, było mi wrogie. Podkowa miała być pierwszym promykiem nowego życia, chociaż została przytłumiona przez żal do mojego losu. Za brak tego szczęścia, które zauważyłem u innych. Mimo wszystko, wróciłem do Warszawy w nie gorszym nastroju niż z niej wyjeżdżałem. Wiele wskazywało, że z moim zdrowiem idzie ku lepszemu. Niestety… Już w poniedziałek po tym weekendzie, skontaktował się ze mną Paweł Dedejko. Rozumiałem już jak wiele mu zawdzięczam, ale bagatelizował swoje zasługi. Stwierdził jedynie, że takie były i są jego obowiązki, na takich działaniach polegają. A odwiedził mnie z jednego, prostego powodu. Z chwilą, kiedy dowiedział się o śmierci Dorotki, natychmiast zaplombował jej gabinet wraz z zapleczem i od tego czasu nikt tam nie zaglądał. To znaczy do zaplecza, gdyż zgodnie z obowiązującymi procedurami, nie było to możliwe bez obecności osoby wskazanej przez nią za życia, a tą osobą byłem ja. Dotychczas otwarto jedynie gabinet gdzie pracowała i służbowy sejf. Coś o tych zasadach wiedziałem, byłem przecież kiedyś jedną z osób wtajemniczonych. Nowy p.o. prezesa banku, Irlandczyk, pracował na innym piętrze. Gabinet Dorotki pozostał na uboczu, ale Dedejko czuwał. Z chwilą, kiedy uznał, że jestem już przytomny i świadomy, zgłosił się do mnie z propozycją zakończenia tematu. A ja zgodziłem się, bo właściwie nie miałem wyjścia. Kiedyś i tak musiałem to zrobić. Na co więc czekać? Poprosiłem tylko Grzegorza aby mi towarzyszył. Obecność doświadczonego lekarza miała mnie uspokoić i zmniejszać ciśnienie. Dobrze zrobiłem. Mocno przeżyłem wejście do znanych mi pomieszczeń, jednak obecność innych członków komisji, w tym jednego z nowych wiceprezesów, zupełnie mi nieznanego, dopingowała do trzymania fasonu i zachowania się na poziomie. Nie rozkleiłem się wtedy. Sprawdziliśmy pomieszczenia zaplecza, wyraziłem zgodę na utylizację jakichś kosmetyków z łazienki, na wyrzucenie zapleśniałych resztek wszelkiej żywności z lodówki, oraz potwierdziłem odbiór rzeczy osobistych. Dorotka miała tu przecież wszystko, począwszy od bielizny, na butach, kurtkach i płaszczach skończywszy. Na szczęście, Paweł w odpowiedzi tylko skinął głową kiedy oznajmiłem, że owszem, protokół podpiszę, ale zabierzemy tylko laptop, szpargały i drobiazgi osobiste, natomiast całą resztę pozostawimy sprzątaczkom. Cała sprawa na tym się jednak nie skończyła. Można powiedzieć, że dopiero się zaczęła. Paweł był dysponentem połowy szyfru do prywatnego sejfu Dorotki, znajdującego się na zapleczu jej gabinetu. A jego drugą połową, jak się okazało, dysponowałem ja. Chociaż wcale o tym nie pamiętałem. Kiedy złamał pieczęć dyspozycji, pozostawionej przez Dorotkę w sejfie służbowym w gabinecie i odczytał jej polecenie, okazało się, że muszę wrócić do domu, do dokumentów przywiezionych przez gościa z Ameryki. Dlatego sejf Dorotki otwieraliśmy dopiero dnia następnego tylko we dwóch z Pawłem, bez Grzegorza i reszty świty, która pozostała w sekretariacie. Takie były Dorotki dyspozycje, gdyż wszystko co znajdowało się w sejfie, miało stanowić wyłącznie moją własność. Można się było spodziewać Bóg wie czego, ale jego zawartość stanowiły jedynie jakieś zaklejone taśmą biurową kartonowe teczki. Jedna, do której zajrzałem, mieściła zwykłe, komputerowe wydruki ze standardowej drukarki. Innych nie sprawdzałem. Były też dwa dyski zewnętrzne do komputera. Wszystko zmieściło się w jednej, zwyczajnej, plastikowej reklamówce, co zauważono, kiedy wyszliśmy z zaplecza. Usłyszałem nawet żartobliwy komentarz, że niewiele ten mój spadek waży, skoro reklamówkę trzymam w jednej dłoni. A jednak… Dorotka pozostawiła mi olbrzymi majątek! Wartości niewyobrażalnej. Kiedy spróbowałem przetłumaczyć na zwykły język treść tylko jednego z papierów, wynikało z niej, że stałem się posiadaczem pięćdziesięciu pięciu tysięcy uncji złota, zgromadzonych w Fort Knox. To był oczywiście jedynie wydruk z jakiegoś rejestru, ale okazał się autentykiem. Reszta dokumentów zawierała natomiast certyfikaty różnorakich papierów wartościowych, umowy z bankiem Solution Inc. w Nowym Jorku, wydruki świadectw udziałowych, umowy z innymi podmiotami… Te dokumenty, które były tylko kopiami, zawierały dokładne wskazówki odnośnie lokalizacji oryginałów. Zawierały też hasła do najróżniejszych stron czy rejestrów, abym nie pogubił się w tym wszystkim. Poza tym, jedna z teczek zawierała kilkanaście oryginalnych dokumentów. W tym, między innymi, notarialnie poświadczony testament. A w nim, Dorotka powierzała mi opiekę nad dziećmi, oraz przekazywała na własność cały swój majątek! Ruchomy, nieruchomy, wymieniony literalnie, oraz taki, którego jeszcze sama nie miała. Na przykład przyszłe akcje banku, które będą się jej należały po zatwierdzeniu rocznego bilansu banku. Polski testament nie obejmował jednak aktywów, o których informacje zawarte były w papierowych wydrukach. Ten majątek znajdował się na kontach zagranicznych. Zarówno w banku Solution Inc. jak i na kontach giełdowych. A jak potem z zaskoczeniem odkryłem, byłem współwłaścicielem tych rachunków. Nie pełnomocnikiem. Współwłaścicielem!!! A po Jej śmierci, właścicielem jedynym. I to bez żadnego postępowania spadkowego, oraz bez zapłacenia jakichkolwiek podatków. Kiedy w lipcu próbowałem podliczyć taką ogólną wartość tych aktywów, w bardzo dużym przybliżeniu, otrzymałem sumę przekraczającą czterysta milionów dolarów! A to wcale nie było jeszcze wszystko.
  17. - Aga… Nie wiem – odparłem szczerze i dość obojętnie. – Nie wiem jak się będę czuł, jaki będzie mój stan, na razie mam zafalowania. Czasami myślę logicznie, a potem przez kilka dni leżę i tylko trwam, bez jakiegokolwiek zainteresowania światem. Po prostu nie wiem! - Rozumiem – zgodziła się. – Ja wiem, że na decyzję jest zbyt wcześnie, ale chciałam cię oswoić z sytuacją. Bo słuchaj, cóż mi pozostało? Wybacz, że to powiem, ale do ciebie nie czuję żadnej mięty. Wbrew temu co o mnie głoszono. Więc nawet gdybyś z litości się mną zainteresował, to oni wróciliby do swoich publikacji i zniszczyliby nasze teoretyczne życie. Bo nie mielibyśmy siły go bronić. To jest pewne. Dlatego taka opcja w grę nie wchodzi. Natomiast tak jak już deklarowałam, wciąż mogę pozostać ciocią dla twoich dzieci, póki są dziećmi. Zresztą, nawet do łóżka mogę z tobą pójść po cichu, chociaż bez specjalnych emocji z mojej strony. Dorotka mi mówiła, żebym ci nie odmawiała. Taka jest opcja na dzisiaj. A co będzie jutro, to się okaże. - Dzięki ci za szczerość! – tym razem to ja byłem inicjatorem objęcia i przytulenia się. – Dopiero próbuję wracać do świata żywych i nie wiem jak będzie dalej. Ale zaglądnij do nas. Grzegorzowi zapowiem, aby uspokoił sytuację, bo jeśli zdarzy się powtórka, to ją po prostu wyrzucę z domu. To, że jest tolerowana, nie znaczy że bezwarunkowo. - Nie rób sobie wrogów w rodzinie, ja nie do takich potwarzy jestem już przyzwyczajona – cmoknęła mnie zdawkowo w policzek, wyraźnie zbierając się do wyjścia. – Wiesz co? Lżej mi się zrobiło po rozmowie z tobą. Naprawdę. - Obawiałaś się mnie? – zdziwiony spojrzałem jej w twarz. - Nie to – przeczyła gwałtownymi ruchami głowy. – Nie ciebie się bałam, a raczej twojej oceny. Mogłeś mnie… wyśmiać, po prostu. - No nie! Dlaczego miałbym to robić? Hrabia, jak hrabia. Dla mnie lekki dziwak, ale to moje prywatne odczucie. Będąc plebejuszem, mam inne spojrzenie na kilka spraw i nie podzielam jego zainteresowań. Ale on ma do nich prawo i to wszystko! Jeśli czuje się z nimi dobrze, to przecież mi to nie przeszkadza. - A wiesz, że ta jego siostra jest doskonale zorientowana we wszystkich współczesnych układach, układzikach i koneksjach między błękitno krwistymi a władzą? - Nie rozumiem co masz na myśli. - Nie będę ci w takim razie zaśmiecać głowy. - Czemu? Powiedz o co tu chodzi? - Na przykład doskonale wie, że prezes Zielonik przetrwał i wypiął się na nich w dużej mierze dzięki współpracy z twoją żoną. No i pośrednio z tobą. - Nie! Nie bardzo rozumiem. A co niby takiego Dorotka zrobiła dla Zielonika? Bo ja to raczej nic. Jeden raz mnie prosił o interwencję i to w sprawach legislacyjnych, a nie swojej działalności, czy swoich firm. - Jak zostanę jej bratową, wtedy zapytam o szczegóły, na razie ich dobrze nie znam. Podejrzewam jednak, że mniej tu chodzi o konkrety, a bardziej o sam fakt współpracy. O tak zwany wizerunek biznesowy. - Może. Ja dla Zielonika miałem prywatnie dużo sympatii, ale jako minister niczego mu nie załatwiłem. Bo nigdy mnie o nic nie prosił. Dlatego go lubię. - Wyobraź sobie, że oni to wszystko wiedzą! – roześmiała się. – Tomek, na mnie pora. Pa! Zdrowiej i pozostańcie w pokoju! – widziałem, że oczy się jej zaszkliły. Podobnie jak i mnie. - Powodzenia ci życzę i szczęścia! – uścisnąłem ją, po czym otwarłem drzwi sypialni. – A w tym temacie, odpowiem ci nieco później. Dobrze? - Oj, no właśnie! – nieoczekiwanie sięgnęła do torebki i wyjęła kopertę. - Zapomniałabym. Proszę! To jest zaproszenie. Wybacz, że termin narusza okres twojej żałoby, ale naprawdę, inaczej nie mogłam. - Wiem, rozumiem – zgodziłem się. Przy wyjściu z mieszkania, pożegnaliśmy się jeszcze raz, ale tym razem bardziej oficjalnie. Niby teściowej nigdzie nie było widać, ale diabli wiedzą. W końcu skoro ma zabierać chłopców na niektóre weekendy… Kiedy wyszła, wróciłem do sypialni i spędziłem tam kilka kolejnych dni, nie oglądając w tym czasie reszty mieszkania. Jakbym wegetował na innej planecie. Leżałem przeważnie na łożu i rozmyślałem o naszym dawnym życiu. Ale częściowo i o obecnym. Bo los nie wahał się obdarzać mnie wciąż nowymi niespodziankami. Aga dołożyła kolejną, ale poprzednie rewelacje były jeszcze bardziej zaskakujące. Na przykład Dorotki ubezpieczenie na życie. Nie wiedziałem, że miała taką polisę. Zresztą, o mnóstwie rzeczy jeszcze nie wiedziałem. I nie wiedziałem, że to, co najstraszniejsze, znowu jest przede mną… A wracając do polisy, to opiewała na sumę dwudziestu milionów dolarów. Wielkość dla mnie wręcz astronomiczna! Ale nie dla Dorotki. Potraktowała ją niczym kwotę przeznaczoną na napiwki i wykupując ją, rozdzieliła po uważaniu. Mniej więcej po milionie dolarów na każdego z beneficjentów. Dla chłopców, dla Heleny, Justyny, Kasi, Agaty, Lidki, taty z mamą, na stypendia w swojej byłej szkole, na fundację odnowy cerkiewek… I to wszystko bez podatku! Bo zarówno Stany Zjednoczone, jak i fiskus polski, odszkodowań podatkiem nie obkładały. Takim więc sposobem, Dorotka rozdysponowała odszkodowanie i z kwoty dwudziestu milionów dolarów, pozostało raptem niewiele ponad trzy, mające zasilić fundusz utrzymania jej dawnych nieruchomości. Ja w tym podziale sumy ubezpieczenia nie zostałem uwzględniony. Nie otrzymałem nic. To było chyba w okolicach połowy lutego, kiedy zgłosił się do mnie amerykański prawnik, realizujący pośmiertne dyspozycje Dorotki. Nie miałem ochoty go słuchać, ale załatwił sobie współobecność znanego mi konsula, więc ścierpiałem to co mówił i przyjąłem dokumenty, które przywiózł. Nie przejmowałem się również faktem, iż niewiele rozumiem z tego co do mnie mówi, chociaż potwierdzałem, kiedy tego chciał. W ogóle, to nie do końca rozumiałem o co chodziło. A on załatwił sprawę i odjechał. Ja natomiast, na całe szczęście, miałem jeszcze tyle przytomności by schować wszystko do sejfu i zapomnieć. Nie zaglądałem do tych papierów długo. Nie miałem potrzeby. Resztka z ubezpieczenia Dorotki trafiła na konto bieżące, z którego pokrywane były stałe zlecenia dotyczące wszelakich podatków, wydatków i opłat, jak też koszty bieżących zakupów, dokonywanych głównie przez Helenę i jej dziewczyny. Nikt mnie nie informował, że na cokolwiek brakuje, czyli nie miałem powodów do niepokoju. Helena czuwała nad wszystkim…
  18. - O! Interesujące! – oznajmiłem sztywno. – Czyli sam goły, siedzę z tak samo nagą przyszłą panną młodą? Mogę się dowiedzieć kim jest twój wybranek? - Możesz, ale chyba jeszcze nie pora – odparła dwuznacznie. – Ubierz się najpierw – zażądała, po czym wstała i zaczęła rozglądać się za swoimi elementami garderoby. – Ma to dla ciebie jakieś znaczenie kim on jest? – sprawnie założyła biustonosz. - Nie wiem – przyznałem, również nakładając odzież. – Dla mnie na razie, oprócz Dorotki nic nie ma znaczenia. - Rozumiem… Tomek! Dorotka nie żyje od ponad trzech miesięcy. Żyją jednak jej i twoje dzieci. Dzieci małoletnie! Mogę ci pomagać w ich wychowaniu, ale sam musisz tego chcieć. Bez twojego życzenia, niewiele da się zrobić. Oczywiście, chłopaki również musieliby to zaakceptować. Wiesz dlaczego to mówię? - Nie. - W sierpniu zostanę żoną hrabiego, rozumiesz? Zamilkłem i kilkakrotnie westchnąłem. - Tia… paniatno… Mogę wiedzieć co cię w nim urzekło? - Nic. Dokładnie nic! – roześmiała się. – Sama się zastanawiałam, co odpowiedzieć na podobne pytanie, gdyż podejrzewałam, że je zadasz. - Znaczy… rozsądek? - Coś w tym stylu. Tomku! To jest najlepsze lekarstwo na moje dolegliwości. - Przynajmniej będzie wam wesoło w siodłach. - Zgadza się. Widzisz… poznaliśmy się jakiś czas temu, jak wiesz. Jednak nasze prywatne opcje dość długo się rozdzielały. Do czasu. - Nie bądź taka skromna. Rajcował cię tak, że nie tolerowałaś nawet napomknienia o swoich krągłościach z moich ust. - Jego moje krągłości zupełnie nie interesowały – wyjaśniła z uśmiechem. – Ale cechy wierzchowca to już owszem. Słuchaj, hrabia nie jest miłośnikiem damskiej urody i w jego towarzystwie, pomimo ślubu, utrata cnoty raczej mi nie grozi. Naprawdę łączą nas jedynie wierzchowce i cała ich otoczka. Ale właśnie w związku z tym, rzeczywiście doskonale się rozumiemy. Tomek, on jest wspaniałym fachowcem od jeździectwa! Dlatego przewiduję, że nie grożą nam wieczory w ciszy, w milczeniu. Mamy o czym rozmawiać. - Skoro tak wybrałaś… – wzruszyłem ramionami. – Jesteś dużą dziewczynką, dlatego wiesz, że sama odpowiadasz za swoje życiowe decyzje. - W rzeczy samej, odpowiadam. – zgodziła się. – Powiem więcej. Taka wersja dalszego życia wydaje mi się całkiem niezła. Oczywiście, w mojej sytuacji. - Obyś się nie zawiodła. - Nie ma takiej opcji! – jej głos się wzmocnił. – Wiesz, że dostałam przekaz z polisy ubezpieczeniowej twojej żony? Okrągły milion dolarów. Nieopodatkowane. - Coś tam wiem. Nie tylko ciebie tak obdarowała. - Więc widzisz. Hrabia ma tytuł, ale z pieniędzmi u niego raczej krucho. Za to ja je mam. Dlatego nasz związek będzie polegał na umowie podobnej do tych, jakie wielokrotnie stosowano w tych sferach dawnymi czasy. Najważniejsze, aby zachować honor. Można robić niemal wszystko, byle dyskretnie i nie powodując ujmy na honorze współmałżonka, stanu i reszty rodziny. Czyli ja zostanę hrabiną, a w zamian dofinansuję nieco zachcianki hrabiego. Zaaprobowałam taki układ. - A… jego rodzina ciebie zaakceptowała? - Wyobraź sobie, że i owszem. Spotkałam się z jego starszą siostrą, która właściwie nie jest zachwycona nawet nim samym. Próbowała mnie najpierw odwieść od zamiaru małżeństwa, ale kiedy dowiedziała się kim byłam i że mam stopień podpułkownika, doszła do wniosku, że dam radę nałożyć mu wędzidła i spasowała. Mało tego, oznajmiła, że w przypadku jakichś problemów w związku, mogę liczyć na jej pomoc. A to ona pełni obecnie rolę głowy rodu. Jej zdanie jest w tym towarzystwie decydujące. - Czyli zdołałaś się jakoś odnaleźć… – westchnąłem. - Musiałam – odparła smutnym głosem. – Inaczej pozostawałoby mi strzelić sobie w łeb. I to dopóki miałam służbową broń, bo wtedy byłoby to najlżejsze. - Kiedy odeszłaś ze służby? - Z końcem stycznia. Zmusili mnie. - Kto? - Szefostwo. W wyniku publikacji o wrogich knowaniach wobec waszej rodziny, moja osoba zaczęła ponoć naruszać szlachetny wizerunek firmy. Dlatego dostałam ultimatum. Albo złożę dymisję sama, albo mnie zwolnią. Wybrałam wariant pierwszy. - Nie zarejestrowałaś się w razie jako bezrobotna? - A wiesz, że to jest pomysł? – uśmiechnęła się. – Ale nie, nie mam czasu na takie zabawy. Nagle znowu usłyszałem pukanie. Byliśmy już ubrani, więc otwarcie drzwi nie stanowiło problemu. Tym razem do sypialni weszli chłopcy. Ich przywitanie z Agatą było emocjonalne i bardzo bezpośrednie. Moje dzieci naprawdę ją lubiły! Zaraz też została zasypana pytaniami i propozycjami. Nie mieli w nich umiaru. Ech, dziecięce lata… Im było dużo łatwiej niż mnie. Owszem, mocno przeżyli odejście mamy do wieczności, ale w szkole mieli kolegów, no i samych wychowawców, którzy poświęcili im wtedy mnóstwo swojego czasu. Poza tym ambasada specjalnie dla nich ściągnęła do Polski jakiegoś znanego psychologa, który zrobił swoje i pomimo tego, że ja kisnąłem gdzieś w klinice, chłopcy zaczęli normalnie uczęszczać na szkolne zajęcia. I powoli, powoli, jakoś zaadaptowali się do powstałej sytuacji. Co mnie, wciąż słabo się udawało. Ale emocje emocjami. Chłopcy swoim wtargnięciem złamali teraz kilka dawnych zasad. - Kochani, proszę o spokój! – zaordynowałem. A kiedy umilkli, zapytałem krótko. – Wiedzieliście, że tatuś ma gościa, prawda? - Tak! – zawołał Pawełek. – Ale babcia powiedziała, żebyśmy zapytali czy czegoś nie trzeba podać. Jakiejś herbaty czy kawy… Moje oczy spotkały się przelotnie z oczami Agaty. Wszystko było jasne. - Powiedz babci, że ja dziękuję! – wyręczyła mnie Agata. – Tomek, robi się późno, chyba już pójdę. - Wstrzymaj się jeszcze, proszę! - Dobrze. W takim razie mam propozycję dla tych urwisów. Na weekend mogę was zabrać do stadniny. Co wy na to? - Rewelka! – rozległ się radosny okrzyk. - Zaraz, zaraz, a mnie nikt o zgodę nie pyta? Oblegli mnie natychmiast tak, że nie mogłem nie wyrazić zgody. Ale postawiłem warunek, że podyskutują z ciocią dopiero podczas weekendu, a teraz wyjdą z sypialni. Przyjęli go bez oporu i po krótkich uzgodnieniach kontaktu, zostawili nas samych. - Patrz, to jest właśnie moja teściowa – mruknąłem. – Jeszcze próbuje dyrygować. - Nie zazdroszczę – podsumowała i podniosła się z pufa. – To jak, mogę liczyć na Twoją obecność na moim ślubie?
  19. Przede wszystkim, do określenia dopuszczalnej obciążalności długotrwałej tego obwodu należy dodać poprawkę wynikającą z podwyższonej temperatury.
  20. Jasne, że podpowiemy. Przewody układa się z zapasem.. Docinanie na gotowo odbywa się dopiero podczas montażu końcowego. I nie należy mylić przewodów instalacyjnych z przewodami ruchomymi, którymi są zasilane urządzenia końcowe. To inna kategoria wymagań i różne normy.
  21. Jasne, że podpowiemy. Przewody układa się z zapasem.. Docinanie na gotowo odbywa się dopiero podczas montażu końcowego.
  22. - Przyznam, że niewiele. Grzegorz czasami próbował mi coś opowiadać, jednak wszystko puszczałem mimo uszu. Może nawet tej sprawy nie tykał? Nie wiem, nie potrafiłem się skoncentrować na żadnych tematach pobocznych. Wybacz, dopiero od niedawna czasami poczytam coś o świecie. A i tak głównie same tytuły. - Jak odeszłam ze służby, to powoli się uspokoili i dali mi spokój. Teraz o tym już nie poczytasz. Nie wiem komu aż tak bardzo przeszkadzałam… A właściwie wiem. Jednak teraz nie ma to już większego znaczenia. W każdym razie, ciebie wtedy nie dosięgli. Ale kiedy nadarzyła się okazja, włączyli się w tłum, głoszących peany pod adresem Doroty. I pod pozorem obrony jej czci, zaczęli mnie okładać gdzie popadło. Ją chwalili w niebogłosy. Bo co im to szkodziło, skoro była już martwa? Ona nie mogła teraz splunąć im między oczy. Dlatego to po mnie jeździli, że hej! Zemścili się. - Mówisz o tamtej historii z Rymszą? - Tak. Od tego się zaczęło. Od bardzo szczegółowego opisu rezerwacji naszego wspólnego pokoju, poprzez nokaut i rozmowy z komisarzem. Napisali, że zrobiłam to w twojej obronie. Nie łgali tym razem. W ogóle, cała relacja była bardzo dokładna, oparta na faktach, ale z wplecionym między wiersze komentarzem pod określoną tezę. Zgrzytałam zębami i nic nie mogłam zrobić. Materiał stanowił majstersztyk dziennikarski. W sądzie wygraliby sprawę w cuglach. To muszę przyznać. A potem zrelacjonowano inne sprawy. Tak co parę dni wyciągali mi coś nowego. - Jakie znowu sprawy? - Chociażby niektóre moje odwiedziny u was. Mówiąc w skrócie, to pisano, że starałam się zaprzyjaźnić z nią, aby relacje z tobą nie wydawały się podejrzane. - Interesujące… - Ktoś również widział Dorotę, gdy raz w listopadzie wpadła do mnie wieczorem na herbatę. Była może z godzinę. Skomentowali to, że pewnie się zorientowała w zamiarach i zaglądnęła, by mnie postawić do pionu. Głupcy! – zaśmiała się gorzko. - Często do ciebie zaglądała… tak na herbatę? – zapytałem spokojnie. Agata pokręciła przecząco głową i odpowiedziała bardzo otwarcie. - Kilka razy zaledwie. Byłyśmy obydwie zbyt zajęte obowiązkami w pracy, aby pozwalać sobie na więcej. Poza tym… przecież wiesz. Pieszczoty ze mną lubiła, ale jako swego rodzaju odskocznię. Taką przystawkę przed głównym daniem. Od czasu do czasu… Dlatego jakieś wzajemne, pospieszne obmacywanie się, zupełnie nie wchodziło w grę. To nie był nasz styl. Ja ją naprawdę kochałam, ale ona miała przede wszystkim ciebie, z czym musiałam się pogodzić. Tak samo jak z trójkątem, który uwielbiała… – kręciła głową. – Jak ja się wstydziłam pierwszy raz, kiedy do nas dołączyłeś… - Nie pamiętam. - To dobrze. Ale ja pamiętam jej reakcje. Była wniebowzięta, kiedy ja ją pieściłam, a ty tak niby po cichutku, dogłębnie z tego korzystałeś. - Tak… bardzo się cieszę, że mnie dzisiaj odwiedziłaś – zmieniłem temat. Miałem dość na dzisiaj wspomnień. Tym bardziej o takiej tematyce. Zmęczyły mnie niepomiernie. - W porządku – zgodziła się. – Rozumiem, że audiencja zmierza ku końcowi, ale poproszę cię jeszcze o chwilę cierpliwości. Drugi raz mogą mnie tu nie wpuścić. - Niby dlaczego? – zdziwiłem się. – Miałaś jakieś problemy? - Twoja teściowa już mnie kiedyś wystawiła za drzwi, a i teraz weszłam wyłącznie dzięki pani Helenie. Tylko jej wstawiennictwo mnie uratowało. - Cholera jasna! – skrzywiłem się. – Co ta baba sobie wyobraża? – wstałem energicznie, jednak Aga błyskawicznie usadziła mnie ponownie, chwytając za ramię. - Zostaw! – warknęła. – Nie przy mnie. Ona zna te historie, które ci opowiedziałam. Czyli bierze mnie za uzurpatorkę, która chce wyrwać ci Dorotki miliony. Która próbowała wbić klina w wasze małżeństwo. - Aga… – przerwałem jej, potrząsając głową. – O czym ty mówisz? To jest prawda? - Dlaczego miałabym cię w czymś okłamywać? – odparła zdecydowanym tonem. – Kiedy uzasadniała niemożność spotkania się z tobą, używała argumentów znanych mi z publikacji na ten temat. Czyli z relacjami się zapoznała. Bo przecież nie zna mnie ani osobiście, ani z twoich opowiadań. A jednak nienawidzi za sam wygląd i za swoje wyobrażenia. - Grzegorza nie było? - Nie. Nie zauważyłam. - Tak… Grzegorz przejął za mnie obowiązki, w tym opiekę nad bliźniakami i zapewne gdzieś pojechał… - Jakby coś, to mogłabym ci w takiej opiece pomóc. Kiedyś dogadywałam się z nimi bez problemów, a w ogóle, to dawno nie byliście w stadninie. - Ja tam nie pojadę… Boję się wspomnień… Aga… Nie wiem, może innym razem porozmawiamy o tym… - Tomek! – zawołała i zwyczajnie się przytuliła. – No już… już… Dobrze się czujesz? W porządku? – spoglądała z troską. - Nie wiem… - Spokojnie! - Jestem spokojny. Wiesz co? - Nie wiem. - Od dnia, kiedy teściowa przyjechała tu po śmierci Dorotki, nie wypowiedziałem do niej ani jednego słowa. - Dlaczego? - Kiedyś obraziła się na Dorotkę, między innymi za romans ze mną i już nie odpuściła. Przestała się do niej odzywać, a to dotyczyło również mnie i naszych dzieci. Kiedy później jeździliśmy do Sanoka, Dorotka błagała ją, aby przestała, wszystko jednak bezskutecznie. Ostatni raz prosiła niedługo przed śmiercią. Więc teraz jest mój rewanż. Dzieciom nie zabraniam z nią kontaktów, nie jestem tak okrutny jak była ona, ale na brzmienie mojego głosu nie zasłuży do końca życia. Mojego albo jej. Chyba, że Dorotka wstanie z grobu i głośno oznajmi, że jej przebacza, wtedy i ja odpuszczę. Wcześniej nie ma na to szans! - Nie znałam tej historii. Dorota nie chciała ze mną rozmawiać na takie tematy. - Nie było się czym chwalić. W każdym razie teściowa napsuła nam krwi niemało. - Ale dlaczego? - Bo Dorotkę miała za dziwkę! Wyobrażasz sobie? Córka została prezesem banku, jej mąż ministrem, a mamusia i tak wiedziała swoje! Bo dzieci były bękartami! Tak sobie wszystko wkomponowała w głowę i było to nie do ruszenia. Nie przekonała jej Justyna, nie przekonał Grzegorz, nie przekonał proboszcz, bo ona wiedziała lepiej. Zwyczajna super-hiper-dewotka. - A teraz kto ją przekonał? - Nie mam pojęcia. Teraz płakała i rozpaczała, ale mnie przestała interesować. Toleruję jej obecność w domu, bo w końcu jest żoną Grzegorza, a on ma dla mnie wielkie zasługi. Nie ma jednak takiej opcji, bym się do niej odezwał. Tego się nie doczeka. - Niech będzie. To już są tylko twoje i wasze sprawy. A ja wbrew pozorom i twierdzeniom niektórych, nigdy nie próbowałam wpływać na wasze życie. Dorotkę kochałam bezbrzeżnie wiedząc, że nie odda mi podobnej miłości absolutnej. Znasz takie uczucie? - A ty znasz? – ciśnienie w żyłach mi podskoczyło. – Czy ty wiesz jak ja ją kochałem i kocham nadal? - Uspokój się, nie o to mi chodziło! – zawołała. - A o co? - Chciałam obrazowo pokazać, że kochać można nawet beznadziejnie. Ja widziałam i tak samo wiedziałam, że nie mam szansy być tą jedną, jedyną, gdyż byłeś z nią ty. - Byłem z nią wcześniej… - To prawda, wiem. Dlatego też, chciałam w końcu oznajmić z czym do ciebie przychodzę. - Znowu jakieś tajemnice? - Nie! – Aga żywiołowo zaprzeczyła. – Chociaż… wolałabym, abyś wcześniej usiadł. - Usiadłem – oznajmiłem, sadowiąc się spokojnie na pufie. - Widzę, dziękuję. Tomek, bez zbędnych wstępów… – nagle się uśmiechnęła. – Nie wiem jak to mam powiedzieć, ale… Przywiozłam ci zaproszenie na mój ślub. Wychodzę za mąż! Przynajmniej mam taki zamiar – spuściła z tonu.
  23. Marzec, nim przeszedł do historii, nie mógł się zdecydować. W połowie swojego trwania naobiecywał wiosnę kilkoma dniami dużego ciepła, ale potem mu się „odwidziało”, jak mawiała jedna z kolejnych, polsko – białoruskich podopiecznych Heleny. Odwidziało i już. W swoich, ostatnich dniach, zaprosił do zabawy sine, posępne chmury, szarpane zmiennymi podmuchami wiatru i dał z nimi pokaz podniebnego, dzikiego pląsania. Okraszanego naprzemiennie śniegiem lub deszczem. Albo jednym i drugim naraz. Było tak paskudnie, że analogia do sytuacji grudniowej nasuwała się sama i dołowała mnie skutecznie. Nie chciało mi się nawet myśleć. Leżałem wtedy w sypialni, na skraju małżeńskiego łoża. Byłem całkowicie ubrany i niewidzącym spojrzeniem oglądałem sufit. Po raz tysiąc sto pierwszy. Nie wiem czy o czymś wtedy myślałem, w pamięci nie zapisało się nic. To był okres, kiedy pamięć katastrofy, obrazy tamtych wydarzeń, zaczynały powoli, powoli, blaknąć w mojej wyobraźni. A do umysłu, maleńkimi niteczkami, zaczęła wdzierać się codzienność. Zaczynałem sobie uświadamiać, że chłopcy wciąż żyją, a ponieważ stracili mamę, to potrzebują przynajmniej mnie. Że świat mimo wszystko trwa i wciąż coś się dzieje. Że śmierć Dorotki była dla niego jedynie epizodem, a nie końcem jakiejś epoki. Że to jedynie dla mnie, cały tamten świat się wtedy skończył. Bo kiedy nadeszła godzina pogrzebu, chwila podsumowania Jej życia, żegnano Ją z wielkimi honorami. Ten grad zaszczytów, którymi pośmiertnie Ją doceniono … Ale było i się skończyło. Następnego dnia słońce nie zmieniło swojej orbity. Ranki i wieczory następowały regularnie, tak jak uprzednio… Takie jest życie! C’est la vie! Zauważono przez chwilę Jej osiągnięcia i tyle. Bo na tym świecie liczą się wyłącznie żyjący. Martwi nie przemówią i nikt od nich niczego nie potrzebuje. A ja czułem się martwy wraz z Nią. Ona kiedyś dała mi nowe życie, a kiedy Jej zabrakło, nie miałem już po co żyć. Dopiero po paru miesiącach, po nieskończonej ilości godzin wpatrywania się w sufit, w umysł zaczęła się wdzierać myśl, że odpowiadam przecież za życie Jej dzieci. Nawet nie myślałem kategoriami „nasze” dzieci. Ważniejszym było to, że oni są Jej krwi, są Jej potomkami. Moje ojcostwo jakby zeszło tutaj na dalszy plan. Było następstwem, albo oczywistością, więc go nie rozdrabniałem. Bardziej mobilizowało mnie wspomnienie Jej macierzyństwa. I gdyby nie chłopcy, pewnie nie wyszedłbym z tego bagna. Wciąż jednak miewałem górki i dołki samopoczucia, zależne nie wiadomo od czego, może nawet od pogody, tak jak tego dnia. Czułem się fatalnie. Nieoczekiwanie jednak, usłyszałem pukanie do drzwi. Sądziłem, że to któryś z chłopców, bo tylko im pozwalałem naruszać moją samotnię. I nie podnosząc się, nacisnąłem przycisk zwalniający rygiel elektrycznego zamka. Drzwi nie miały klamki z zewnątrz. Kiedyś musieliśmy przecież dbać jakoś o swoją intymność. Wtargnięcie dzieci w trakcie uprawiania przez nas miłosnych igraszek, nie byłoby rzeczą pożądaną. Teraz jednak szok im nie groził. Może na stałe go zablokować? – przemknęła mi przez głowę myśl. Ale przemknęła i zgasła. To nie był to żaden z moich synów. - Cześć! – usłyszałem kobiecy głos. – Nie przeszkadzam ci zbytnio? Mogę wejść? W drzwiach sypialni pojawiła się Agata. - Witaj! – usiadłem, chwilowo zaskoczony. Ale zaraz podniosłem się na równe nogi. Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie ze smutkiem, a potem padła mi w ramiona i zaczęła szlochać. A mnie łzy zaczęły lecieć chwilę później. Nie wiem nawet kiedy usiedliśmy na skraju łóżka i kiedy zacząłem ją rozbierać. Płaszcza nie miała, zostawiła pewnie w przedpokoju,. A z resztą odzieży poradziłem sobie bez większego trudu. Zupełnie mi w tym nie przeszkadzała, chociaż wielkiej aktywności też nie przejawiała. Dlatego, tak równolegle, rozbierałem się też sam. Kiedy jednak ją ułożyłem, zacząłem pieścić ciało i całować biust… Nagle skonstatowałem, że w ogóle nie mam wzwodu! Moje ciało nie reagowało, zupełnie nie było zainteresowane seksem! Agata zorientowała się w sytuacji, kiedy nieoczekiwanie zamarłem i przez kilka sekund nie przejawiałem żadnej aktywności. Sięgnęła wtedy dłonią do mojego podbrzusza i… wszystko stało się oczywiste. Słowa nie były potrzebne. Usiadłem na brzegu, tyłem do niej, by nie patrzyła mi w oczy. - Aga… przepraszam! Nie wiem co się stało… - Daj spokój – westchnęła obojętnie, ale podniosła się i objęła mnie z tyłu, opierając głowę o ramię. – Z niczego nie musisz się przede mną tłumaczyć. - Ale… nigdy czegoś takiego nie przeżyłem... – próbowałem tłumaczyć i mową stłumić skrępowanie. - Odpuść! – usłyszałem lekceważący ton. – Nic się nie stało. Z czasem dojdziesz do siebie. A swoją drogą to jest cholerna ironia losu, że kiedy zostałam główną rafą, rozbijającą wasze małżeństwo i doczekałam się śmierci „rywalki”, jak to opisywano, to i tak nie mogę z tego skorzystać – dodała z ironicznym, wymuszonym śmiechem i jakąś ogromną goryczą w głosie. Coś mi tu nie grało. Skręciłem tułów i ściągnąłem ją tak, by usiadła obok. Mogła to zablokować, była sprawniejsza fizycznie niż ja, ale nadal poddawała się mojej woli. - Słyszałem, że złożyłaś dymisję, ale rozbijanie naszego małżeństwa to coś nowego? Zrobiła minę jakby wypiła szklankę soku z cytryny. - Przecież Ona została obwołana niemal świętą, a i ciebie przy okazji ogrzali w blasku jej męczeństwa. Ja natomiast dorobiłam się statusu czarnej owcy, takiej dziwki, polującej na ministra. Nie słyszałeś o tym?
  24. Wiem gdzie we wrześniu urządza się Powidlaki. Jeszcze odpust jest wtedy.
  25. Opowiadał mi Grzegorz, że przez kilka pierwszych tygodni byłem pilnowany dwadzieścia cztery godziny na dobę. I nie była to obserwacja zdalna, lecz monitoring rzeczywisty, naoczny. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez możliwości odejścia nawet za potrzebą fizjologiczną, co najmniej dwie osoby miały obowiązek towarzyszenie mi we wszystkich czynnościach życiowych. Aby wykluczyć możliwość samobójstwa. I takowe uniemożliwić, gdybym próbował je popełnić. Nie ma co ukrywać, takie myśli nie były mi obce. Chociaż na pewno nie w początkowym okresie. Ani tuż po wypadku, ani przez pierwsze tygodnie, fizycznie nie byłem do tego zdolny. Nie byłem zdolny do niczego. Jak mawiają Rosjanie, „krysza mi pajechała”, czyli utraciłem zdolność samodzielnego, logicznego myślenia. Niby byłem przytomny, ale z rozsądkiem nie miało to zbyt wiele wspólnego. Dlatego w szpitalu pozostawałem pod stałym nadzorem. Nie pamiętam tego okresu zupełnie, więc moja o nim wiedza opiera się głównie na relacjach innych osób. Jednak pod koniec stycznia, kiedy wydawało się, że najgorszy okres już minął, kiedy chwilami można było nawiązać ze mną w miarę normalny kontakt, nieoczekiwanie przyszło załamanie. Niby zaczynałem myśleć rozsądnie, ale też analizować wspomnienia i wtedy dotarło do mojej świadomości, że cała katastrofa, wszystko co się stało, było zależne od mojego zachowania. Mogłem nieszczęściu zapobiec, jednak przez zaniedbanie tego nie zrobiłem. Czyli to ja jestem winny! I do pamięci tej straszliwej chwili, tak zupełnie bezwiednie, z własnej woli, dołożyłem świadomość winy. To dlatego wszystko się posypało. Zamiast poprawy i wyjścia z kliniki, miałem kolejne kilkanaście dni wyjęte z życiorysu. Mój stan był wtedy gorszy niż przed i podczas pogrzebu Dorotki. Niczego nie pamiętam z tego okresu, kompletnie nic! Podobno majaczyłem, że chcę iść do niej, chociaż dzisiaj nie wiem jak mógłbym to zrobić, gdyż sił mi nie starczało nawet na to, żeby samodzielnie coś zjeść. Koszmar! To pod koniec tego okresu miałem dziwny i bardzo realistyczny sen. Śniło mi się, że byliśmy obydwoje w Pokrzywnie nad jeziorem. Tam, gdzie brzeg zasłaniają zwisające pędy czarnych malin. Gdzie kochaliśmy się niejeden raz. Takie nasze ulubione miejsce. I gdzie na brzegu, wśród zarośli, zrobiłem cichy zakątek do opalania się nago. Spotkaliśmy się tam, ale do intymnych relacji nie doszło. Nie byłem tym zawiedziony, bo w naszym związku to ona najczęściej decydowała, czy pora i miejsce są odpowiednie do takich zachowań. I wcale nie miałem powodów do narzekania na te decyzje. Dlatego też, kiedy w moim śnie zadecydowała iż pójdzie na spacer w stronę źródeł zasilających jezioro, o których opowiadał nam Stefan, trochę się zdziwiłem. Ale nie przesadnie. Sądziłem, że po małej wycieczce w terenie obydwoje wrócimy do domu. Jednak sytuacja już na starcie przybrała nieoczekiwany obrót. - Tomek, idę w stronę źródeł! – oznajmiła, prężąc przed moimi oczami swoje cudowne ciało, przesłonięte jedynie skąpym kostiumem bikini. Leżałem wtedy na piasku i niczego więcej nie pragnąłem niż jej towarzystwa. - Idę z tobą! – poderwałem się na równe nogi. Tu jednak wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Dorotka odpychająco wyciągnęła przed siebie dłoń i osadziła mnie w miejscu tak, że nie mogłem się ruszyć. Stopy przykleiły się do piasku. - Nie możesz iść za mną, nie pozwalam ci! Rozumiesz? – oznajmiła dobitnie. To był ton, którym rządziła w banku. Znałem go doskonale, chociaż wobec mnie nigdy go nie używała. To we śnie było pierwszy raz. Ruszyć się nie mogłem, ale mogłem mówić. - Słoneczko, tam nie jest bezpiecznie jednej osobie. Przecież Stefan nas o tym uprzedzał! - Już ty się o mnie nie martw! – odparła z naciskiem. – I nie zapominaj, że chłopcy są teraz sami na brzegu. Będą mogli liczyć na ojca? Zawstydziła mnie, dałem się zapędzić w kozi róg. - Czemu w to wątpisz? – nieoczekiwanie cała moja energia sprzeciwu gdzieś się ulotniła. - Nie mówię że wątpię, tylko pytam. A teraz płyń do tamtego brzegu i zajmij się nimi. To jest właśnie twoja krew! I moja też! Nie zapomnij o tym! Sen był tak realistyczny, że wytrącił mnie z letargu samobiczowania. Tym bardziej, że przytrafił się po południu, kiedy w klinice trwał jeszcze zwyczajny dzień i zwykłe procedury. Jeszcze nie przestawiono się na nocną zmianę. To ważne, gdyż światło nie było zredukowane do minimum i gdy się obudziłem, nie byłem wyalienowany z otoczenia. I z pewnym zdziwieniem, ale zauważyłem wtedy, że coś, jakiś inny, nie mój świat mnie otacza. Zacząłem dostrzegać drzwi, ściany, korytarz… Grzegorz opowiadał, że pielęgniarki monitorujące moje zachowanie odnotowały wtedy, że obudziłem się spokojny i bez gorączki. A ja pamiętam, że tego wieczoru z nimi rozmawiałem. O czym, tego już nie wiem, ale jakaś rozmowa się odbyła. Zapamiętałem ten wieczór, gdyż w nocy sen miał swoje w jakimś sensie powtórzenie, ale i przedłużenie. Sceneria była ta sama i wszystko podobne, ale tym razem w moim śnie Dorotka figlowała i erotycznie drażniła się ze mną, nie pozwalając jednak na penetrację. To wszystko bardzo przypominało zabawę, jaką przed laty zastosowała wobec mnie Anna. Tak mnie rozdrażniła i podnieciła swoimi udawanymi unikami, że kiedy wreszcie rozsunąłem jej nogi, wystarczyło kilka ruchów biodrami i nastąpił finisz. Z Dorotką śniłem podobnie, ale do penetracji nie doszło, gdyż przerwała grę i odeszła do źródeł. Tak jak poprzednio. Ale gdy się w nocy obudziłem, na prześcieradle była ogromna, mokra plama. Erotyczny sen doprowadził mnie do wytrysku… Dziwne to wszystko. Byłem przyzwyczajony do regularnego, codziennego współżycia, ale gdy Dorotki zabrakło, nie pamiętam bym odczuwał jakiekolwiek pożądanie. Nic, zero. Nie pamiętam bym o tym chociażby pomyślał. Ten sen był pierwszym przejawem obecności w moim organizmie testosteronu od dnia, w którym Dorotka zginęła. Pierwszym i ostatnim. Nie powtórzył się już nigdy. A następnego dnia zrozumiałem, że nie wolno mi myśleć o śmierci. Dorotka przypomniała mi i powierzyła odpowiedzialność za los naszych synów. I dopiero od następnego dnia, a właściwie po tej nocy, zacząłem wracać do społeczności żywych. Był to jednak proces niesłychanie powolny. Niestety, tamta noc była jednocześnie ostatnim przejawem mojej męskości. Sił witalnych, które charakteryzują niemal każdego mężczyznę. Mnie ich już zabrakło. Moje możliwości w tym zakresie wygasły. Najpierw nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż żadne myśli o seksie mnie nie nawiedzały. Nawet pielęgniarki czy lekarki, nie były dla mnie kobietami w sensie płci. Nie wiem jak wyglądały, ani jakimi kobiecymi atrybutami dysponowały. Takich skojarzeń w ogóle nie miałem. I zupełnie nie wiedziałem, że będzie to trwało nawet wtedy, kiedy znajdę się już w domu. Życie znowu zaskoczyło mnie całkowicie.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...